Rozmowa z DOMINIKIEM SMYRGAŁĄ, dyrektorem Republikańskiego Centrum Idei Fundacji Republikańskiej, ekspertem ds. Energii.
Jak Pan ocenia umowę gazową z Rosją wynegocjowaną przez wicepremiera Waldemara Pawlaka?
- Uważam, że to bardzo niekorzystne dla Polski porozumienie. Po pierwsze, na długo uzależnia nas od importu gazu z jednego kierunku. Po drugie, w praktyce powoduje, że inne projekty dywersyfikacyjne stają się mało opłacalne. Po trzecie wreszcie, może wprowadzić Państwowe Górnictwo Naftowe i Gazownictwo w kłopoty finansowe.
Na czym mogą polegać te kłopoty?
- Jeżeli światowe koncerny, zwłaszcza amerykańskie, takie jak Chevron, Exxon Mobil czy Marathon Oil, zaczynają w Polsce szukać gazu i ubiegają się o koncesje, to jest bardzo prawdopodobne, że w ciągu owych 27 lat - a tyle będzie obowiązywał kontrakt z Rosją - zdołają tutaj rozwinąć opłacalną produkcję. Wtedy może się okazać, że rynek sprzedaży jest dla PGNiG zbyt mały i nasza firma zostanie z ogromnymi ilościami gazu, których nie będzie mogła sprzedać. To oczywiście tylko jeden z możliwych wariantów rozwoju sytuacji, ale w ciągu prawie 30 lat, w trakcie których obowiązywała będzie umowa z Rosją, trzeba się liczyć także z takimi sytuacjami.
Waldemar Pawlak argumentuje jednak, że państwa zachodnie również podpisują długoterminowe kontrakty na dostawy gazu.
- Tak, ale mają one przeważnie dwóch, albo trzech dostawców i są to kontrakty cząstkowe. Podpisuje się długoterminowe umowy na dostawę np. 30 proc. wolumenu gazu, na jaki jest zapotrzebowanie. W sytuacji, gdy ma się jednego dostawcę, branie od niego 70 proc. nie jest rozsądne.
Podpisanie kontraktu na tak długi okres stawia pod znakiem zapytania sensowność budowy gazoportu.
- PGNiG twierdzi, że zużycie gazu w Polsce cały czas rośnie, więc gazoport tak czy inaczej będzie potrzebny. Ja jednak pamiętam szacunki z lat 90., które przewidywały, że ok. 2010 roku zużycie gazu wyniesie między 28 a 42 mld metrów sześciennych. Tymczasem nigdy nie doszło ono do 15 mld metrów sześciennych, a w bieżącym roku spadło.
Jakie mogą być sposoby dywersyfikacji dostaw gazu do Polski?
- Jeden z nich stanowi budowa gazoportu. To wprawdzie inwestycja dość droga, ale ma dużą zaletę - pozwala kupować gaz w tzw. kontraktach spotowych, tzn. według potrzeb, zamawianych nawet ad hoc. Światowy rynek gazu na skutek rozwoju technologii transportowania tego surowca drogą morską zaczyna się rozwijać. To prowadzi czasami do zaskakujących sytuacji: w dostawach spotowych gaz w terminalach morskich na zachodzie Europy bywa tańszy niż gaz rosyjski importowany rurociągami. Drugi sposób dywersyfikacji to budowa gazociągu po dnie Bałtyku z krajów skandynawskich do Polski. Taka umowa została już zawarta, ale rząd Leszka Millera doprowadził do jej zerwania. Drugiej umowy jak dotąd nie udało się podpisać. Pocieszające jest to, że zachodnie koncerny energetyczne, nastawione wszak w pierwszej kolejności na zysk, a nie na politykę, starają się inwestować w naszym kraju. Twierdzą one w dodatku, że złoża gazu w Polsce są znacznie większe niż utrzymuje PGNiG.
Co Polska powinna teraz zrobić: podpisać układ wynegocjowany przez wicepremiera Pawlaka, czy zrezygnować z niego?
- Mam wrażenie, że rząd zaczął się wahać w tej sprawie. Na pewno podpisanie kontraktu na tak długi okres nie jest dla nas dobre i w tym kierunku nie należy iść. Nasze braki wynoszą obecnie 2,5 mld m sześc. Być może uda się dogadać z jakimiś zachodnimi koncernami i dotrwać do momentu uruchomienia gazoportu. Tym bardziej, że gaz nie jest teraz jakimś szczególnie istotnym elementem polskiego bilansu energetycznego. Istotna jest jeszcze jedna rzecz - klauzula "take or pay" umieszczana przez Gazprom w umowach, która powoduje, że jeżeli odbiór gazu jest mniejszy od ustalonej wielkości, klient i tak płaci jakby odebrał wszystko. Nawet więc gdybyśmy nie potrzebowali dużo gazu i zmniejszyli odbiór i tak zapłacimy za całość. Tak więc tani rosyjski gaz może się ostatecznie okazać drogi.
Rozmawiał: Paweł Stachnik
Cena za rosyjski gaz
środa, 30 grudnia 2009
Co wkładamy do trumny
sobota, 31 października 2009
Dziś podobnie jak 6 tysięcy lat temu zmarłych chowa się z przedmiotami, z którymi się nie rozstawali. Rodzina często wkłada do trumny okulary, telefon komórkowy i alkohol. Alkohol najczęściej wkładają koledzy zmarłego. Rzadziej robi to najbliższa rodzina. Zwyczaj kultywowany jest głównie na wsiach lub w małych miasteczkach.
- W Środzie Śląskiej chowa się skromnie i z tradycją. Nie ma jakichś ogromnych pogrzebów z pompą, które latami się pamięta. Zdarza się, że znajomi wkładają zmarłemu do trumny butelkę wina lub tak zwaną małpkę - opowiada Kazimierz Wasilewski, administrator Cmentarza Komunalnego. Jego zdaniem w tej tradycji nie ma nic gorszącego. Jednak skandaliczne i kontrowersyjne są nowoczesne reklamy trumien i urn. - W naszej trumnie będziesz wyglądał jak żywy. Tak ogłasza się pewna firma stolarska ze wschodu Polski. Kolejny przykład: Kup naszą trumną dziś, bo jutro może być za późno - wylicza pan Kazimierz.
Pogrzeb ze skrzypcami
Zdaniem przedsiębiorców pogrzebowych, co trzecia rodzina na Dolnym Śląsku pozostawia zmarłemu przedmioty, z którymi był związany. Oprócz różańca i książeczki do nabożeństwa nieboszczykowi wkładają do trumny okulary, laskę, obrączkę ślubną lub biżuterię. Kilka lat temu w Sobótce razem ze skrzypcami pochowano pewnego muzyka. Człowiek ten przez całe życie nie rozstawał się z instrumentem.
- Miałem raz przypadek, kiedy żałobnicy chcieli pochować niepełnosprawnego staruszka razem z wózkiem inwalidzkim. Na szczęście udało mi się ich przekonać, że wózek ulegnie zniszczeniu, a tak może jeszcze służyć chorym np. w hospicjum - tłumaczy Zbigniew Kaczmarek z zakładu pogrzebowego w Sobótce.
O przedwczesnych pochówkach
W latach 70. opublikowano "Dysertację o niepewności oznak śmierci i pomyłce przedwczesnych pochówków". Zbiorowy raport anatomopatologów i lekarzy sądowych poruszał problemy złych diagnoz lekarskich wobec żyjących uznanych za zmarłych. Szczególnie po wojnie w Wietnamie, wyszło na jaw, że rannych i nieprzytomnych żołnierzy pochopnie uznawano za zmarłych. Po otwarciu wieka ciała były w wykręconych pozycjach. Miało to świadczyć o desperackich próbach wydostania się z metalowej trumny.
Po nagłośnieniu przypadków w ludziach narodził się strach przed obudzeniem w grobie. - Do dziś w Stanach sprzedaje się trumny za parę tysięcy dolarów. Pod głową znajduje się schowek z zapasem żywności i wody. Najważniejszy w zestawie jest radiotelefon, przez który można wezwać pomoc - informuje Grzegorz Litwa, jeden z pracowników zakładu pogrzebowego we Wrocławiu.
Również w Polsce wiele osób chowa nieboszczyka z telefonem. Głównie jednak z tego powodu, że rodzina nie wie, co zrobić z komórką. - Spotkałem się z pozostawianiem przy zmarłym monet, biżuterii lub protez. Dzieci chowa się z ulubionymi maskotkami lub resorówkami. Obecnie mniej pochówków odbywa się z butelką wódki - przyznaje Damian Lech, szef Glorii, największego zakładu pogrzebowego w mieście.
Niestety tylko drobne przedmioty mogą znajdować się przy zwłokach przeznaczonych do kremacji. Obostrzenia wprowadzono po awarii pieca do spopielania zwłok. - Istnieje bezwzględny zakaz kremowania ciała z jakimikolwiek płynami. Stopione szkło może doprowadzić do zabrudzenia szlamu i uszkodzenia drogiego pieca. Nie wolno też kremować ludzi z rozrusznikiem serca. W podgrzanym urządzeniu wytwarza się ciśnienie i pojemnik może eksplodować - informuje Władysław Zabłocki, kierownik krematorium na Psim Polu.
Autor: centrum o 12:44 0 komentarze
Etykiety: Polsce, polska, Święto zmarłych
Hazard w Polsce bez kontroli
"Od początku listopada 2009 r. hazard w 100 proc. będzie nadzorowany przez Służbę Celną, którą jednocześnie pozbawiono realnych możliwości skutecznej walki z patologiami w tym sektorze" - alarmuje Związek Zawodowy Celnicy Pl w liście do premiera Donalda Tuska, udostępnionym "Rzeczpospolitej".
Ten dramatyczny apel to efekt zmian w ustawie o Służbie Celnej obowiązujących od 1 listopada. W ich efekcie całkowitą kontrolę nad kasynami i punktami z automatami do gry (jest ich ok. 50 tysięcy) przejmuje 16 tysięcy funkcjonariuszy celnych. Do tej pory kontrolowali oni jednorękich bandytów tylko pod kątem ich legalności. Wszystkie inne aspekty ich działania były sprawdzane przez służby skarbowe.
Problem w tym, że celników nie wyposażono w odpowiednie uprawnienia operacyjno-rozpoznawcze. - Bez nich skuteczna walka z patologią będzie fikcją - ostrzegają.
Autor: centrum o 12:41 0 komentarze
Rosja ćwiczyła atak atomowy na Polskę
Odparcie ataku na Gazociąg Północny, desant na plażę imitującą polskie wybrzeże, stłumienie powstania wywołanego przez polską mniejszość na Białorusi i testy samolotów rosyjskich sił jądrowych – tak według informacji „Wprost” wyglądały niedawne rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe „Zapad” i „Ładoga”.
Według Ośrodka Studiów Wschodnich, we wrześniowych ćwiczeniach uczestniczyło łącznie 30 tys. żołnierzy. Ich głównym punktem było tłumienie powstania wywołanego na Białorusi przez polską mniejszość narodową. Z rządowej notatki, do której dotarł „Wprost", wynika, że to Polska odgrywała w tych manewrach rolę „potencjalnego agresora". Charakter manewrów tylko teoretycznie był jednak obronny.
„Większość rozgrywanych epizodów (…) wskazuje na zdecydowanie ofensywny charakter działań” – czytamy w dokumencie. Z naszych ustaleń wynika, że w ramach tych manewrów rosyjsko-białoruskie wojska ćwiczyły m.in. odparcie ataku na Gazociąg Północny na Bałtyku oraz desant na plaże obwodu kaliningradzkiego, która ukształtowaniem terenu miała przypominać polskie wybrzeże.
Szef resortu obrony Bogdan Klich ocenił niedawno, że białorusko-rosyjskie ćwiczenia wojskowe to "manifestacja siły". Wyraził zdziwienie skalą manewrów za wschodnią granicą Polski i tym, że tamtejsze wojska ćwiczą odparcie ataku państw NATO.
Minister obrony narodowej wyraził przekonanie, że Polska nie ma się czego obawiać, ponieważ jest członkiem NATO, dysponuje wystarczającym potencjałem wojskowym oraz zdolnościami dyplomatycznymi, żeby przeciwstawić się jakiejkolwiek próbie nacisku na nasz kraj.
Autor: centrum o 12:10 0 komentarze
Polski lektor zamordowany
wtorek, 18 listopada 2008
.. w Kirgistanie
Maciej Chowaniok, związany z Uniwersytetem Śląskim w Katowicach lektor języka polskiego, został zamordowany w Kirgistanie. Miał 28 lat.
Rzeczniczka UŚ Magdalena Ochwat powiedziała, że nie są na razie znane bliższe okoliczności śmierci. Wiadomo jedynie, że do morderstwa doszło ostatniej nocy, bardziej szczegółowych informacji ma wkrótce udzielić służba konsularna.
Według kirgiskiego portalu internetowego, ostatniej nocy do kirgiskiej milicji za pośrednictwem alarmowego telefonu 102 nadeszła wiadomość, że na chirurgię szpitala Ministerstwa Zdrowia w Biszkeku przywieziono ciężko rannego Polaka, z dwiema ranami od noża w okolicach szyi. Mężczyzna zmarł w wyniku upływu krwi, gdyż nóż przeciął tętnicę.
Miejscowa milicja prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Polaka, a do Biszkeku udali się przedstawiciele ambasady RP w Kazachstanie, obsługującej także Kirgistan.
Maciej Chowaniok był lektorem języka polskiego w Biszkeku. W Kirgistanie przebywał drugi rok. Był związany z Zakładem Literatury Współczesnej Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej im. Ireneusza Opackiego, a także ze Szkołą Języka i Kultury Polskiej. W trakcie studiów na UŚ prowadził działalność społeczną i naukową. Był m.in. przewodniczącym Międzywydziałowego Stowarzyszenia Dziennikarzy "Mosty". Redagował też serię zeszytów naukowych "Mosty: antropologia-medioznawstwo".
Jako pierwsze tę wiadomość podało radio RMF FM.
Autor: centrum o 13:34 0 komentarze
W Polsce jest drogo!
piątek, 25 lipca 2008
Koniec mitu taniej Polski
W rankingu najdroższych miast świata Warszawa skoczyła w ciągu roku z 67 na 35 miejsce - wynika z raportu amerykańskiej firmy konsultingowej Mercer. Koszty życia w stolicy są niemal identyczne jak w Sztokholmie czy Barcelonie. Polacy zawdzięczają to silnej złotówce i niesłabnącemu wzrostowi gospodarczemu - pisze "Dziennik".
Raport obala mit o taniej Polsce leżącej na uboczu Europy. Amerykańscy eksperci wyliczyli, że w Warszawie żyje się drożej niż w Brukseli, Luksemburgu, Berlinie, Hamburgu czy Melbourne. Obliczyli to, opierając się na blisko 200 parametrach. Wzięli pod uwagę m.in. koszty utrzymania, inflację i zmiany kursów walut.
- Skok Warszawy to wynik bardzo silnej pozycji złotego - mówi "Dziennikowi" jedna z autorek raportu, Natahlie Constantine-Metral.
- Złoty wzmocnił się w stosunku do dolara, a to właśnie Nowy Jork jako stolicę międzynarodowego biznesu wzięliśmy za punkt wyjścia i z nim porównujemy resztę miast - dodaje.
Z raportu wynika, że awans Warszawy w rankingu zaczęli odczuwać przede wszystkim obcokrajowcy odwiedzający to miasto. Z drugiej strony ceny w zagranicznych sklepach stały się dla Polaków o wiele przystępniejsze. (za PAP)
Autor: centrum o 06:33 0 komentarze
Etykiety: Drogo, drożyzna, miast, najdroższych, polska, ranking, raport
Sprzedaż komputerów w Polsce
sobota, 19 lipca 2008
Zapowiadany od kilku lat zmierzch komputerów stacjonarnych wciąż nie nadchodzi. Jak ustaliła „Rz”, sprzedaż tradycyjnego sprzętu wciąż rośnie, a średnie ceny przenośnych pecetów poszły lekko w górę.
Jeszcze w ubiegłym roku firmy analityczne i producenci sprzętu zakładali, że polski rynek laptopów będzie rósł w tempie przekraczającym nawet 50 proc. rocznie. Miało tak się stać przede wszystkim dzięki spadającym cenom sprzętu. Według szacunków magazynu „CRN” sprzęt przenośny w podstawowej konfiguracji kosztował przed dwoma laty średnio 3 tys. zł. Na koniec 2007 r. – już tylko 2 tys. zł. Głównie dzięki temu w ubiegłym roku maszyny przenośne stanowiły aż 48 proc. wszystkich sprzedanych na polskim rynku komputerów.
Trend cenowy jednak się odwrócił. – Średnia cena kupowanego w Polsce komputera przenośnego wyniosła w pierwszym kwartale 1130 dol., czyli ok. 2260 zł. Winny jest złoty, który umacnia się w stosunku do dolara – wyjaśnia Jarosław Smulski, analityk rynku firmy IDC Polska. Zapowiedzi rychłego końca stacjonarnych komputerów nie potwierdzają też handlowcy. – Sprzedaż pecetów utrzymuje się na ubiegłorocznym poziomie – mówi Wioletta Batóg, rzecznik Media Saturn Holding, do którego należą sieci Media Markt i Saturn. Podobne spostrzeżenia mają przedstawiciele sieci hipermarketów, które – wbrew pozorom – są ważnym kanałem sprzedaży elektroniki (mają ok. 20 proc. udziału w rynku; w takich sklepach zaczyna sprzedawać np. koncern Dell). – Stacjonarne ciągle sprzedaje się całkiem nieźle, choć ich oferta jest mniejsza niż w przypadku laptopów. Z naszej oferty na pewno nie znikną – mówi Przemysław Skory z Tesco.
Jak się okazało, rewolucji na rynku nie spowodowały też słynne tanie laptopy za mniej więcej 1 tys. zł. Najsłynniejszy z nich, Asus Eee, wciąż oficjalnie nie pojawił się na naszym rynku. Nie ma pewności, czy w ogóle dojdzie do jego premiery nad Wisłą, bo dostępne w sklepach podobne komputery innych firm (np. Aristo) sprzedają się u nas słabo. – Parametry tych maszyn są zbyt niskie dla wielu użytkowników – uważa Jarosław Smulski z IDC.
Komputer stacjonarny o dobrych parametrach w zestawie z monitorem LCD można kupić już za ok. 1,5 – 1,7 tys. zł. Dlatego firma NTT System, największy polski producent komputerów, przewiduje wręcz, że sprzedaż stacjonarnych pecetów będzie wzrastać. – Na rynku nie brakuje klientów szukających sprzętu o wysokich parametrach technicznych za przystępną cenę. W przypadku tanich laptopów ta relacja nie jest już taka oczywista – komentuje Marcin Bogusz, dyrektor działu produktów własnych NTT System.
Zadyszka na rynku laptopów nie oznacza oczywiście całkowitego triumfu stacjonarnego peceta. Sprzedaż komputerów przenośnych będzie rosła, jednak kilkadziesiąt procent wolniej, niż jeszcze niedawno przewidywano. – W porównaniu z wynikami ubiegłego roku odnotowujemy pod tym względem wzrost na poziomie 10 proc. – mówi Wioletta Batóg. Jak szacuje firma Euromonitor International, w 2008 r. Polacy kupią 2 mln nowych laptopów, w 2012 r. – 2,6 mln. Bardzo podobne są prognozy IDC Polska. – Uważamy, że w 2012 r. przenośne pecety będą stanowiły około 65 proc. wszystkich komputerów używanych w naszym kraju – twierdzi Jarosław Smulski.
Źródło : Rzeczpospolita
Autor: centrum o 10:54 0 komentarze
Etykiety: drogie, komputer stacjonarny, komputery, konfiguracja, laptopy, notebook, polska, rynek, sprzedaż, tanie
Euro w Polsce
czwartek, 17 lipca 2008
Czy przyjęcie euro będzie korzystne dla biznesu?
Już za kilka lat monety i banknoty z orłem w koronie zastąpione zostaną przez wspólną, europejską walutę. Pytanie nie brzmi, "czy" wymieniać, lecz "kiedy", ponieważ do przystąpienia, do strefy euro Polska zobowiązała się wraz z ratyfikacją Traktatu Akcesyjnego*. Jednak, czym bliżej spodziewanej daty przyjęcia euro, tym mocniej mnożą się wątpliwości. Dylemat, czy jest to korzystna zamiana, maja nawet przedsiębiorcy, którzy postrzegani są jako jedni z głównych beneficjentów wspólnej waluty.
Doświadczenia przedsiębiorców z krajów, które w płatnościach wewnętrznych od dłuższego czasu posługują się waluta z charakterystycznym €, przekonują, że cześć obaw jest nieuzasadniona. W skali przedsiębiorstwa na pewno nie należy oczekiwać rewolucji, pod warunkiem, że nie prowadzi się biznesu ściśle związanego z operowaniem różnorodnymi walutami. O ile przedsiębiorcy zarabiający na wymianie walut, będą musieli odnotować znaczny spadek dochodów, o tyle wymiana nie wpłynie znacząco na działalność przedsiębiorców kierujących swoje usługi i produkty wyłącznie na rynek krajowy.
Walutowe ujednolicenie najmocniej odczują polskie kantory, dla których zniknie jedna z najpopularniejszych par walutowych. Ostateczna wymiana walut będzie równie dotkliwa dla całego sektora bankowego – szacuje się, że banki z tytułu prowizji od wymiany walut generują 5 proc. swoich przychodów – udział ten zostanie wyraźnie pomniejszony po konwersji. Z drugiej strony, jako wzorcowy przykład sektora, któremu najmocniej zależy na unii walutowej, podaje się branżę turystyczną, która zyska na obniżeniu kosztów związanych z różnorodnością walutową w Europie.
Wprowadzenie euro do obiegu, niesie ze sobą szereg pozytywnych zjawisk dla biznesu, jednak należy pamiętać, że stopień ich wpływu na funkcjonowanie firmy zależy od branży, profilu działalność i wielkości przedsiębiorstwa. Stąd generalizowanie, w przypadku bilansu potencjalnych zysków i strat, w odniesieniu do przedsiębiorców jako ogółu, nie odda w pełni obrazu skutków związanych z wprowadzeniem nowej waluty. Aby realnie ocenić konsekwencje wprowadzenia euro dla poszczególnych firm, należy odnosić generalne wnioski do poszczególnych przypadków.
Po pierwsze, co podkreślają zwolennicy nowej waluty, w związku z konwersją walutową, obniżce ulegną koszty transakcyjne w wymianie międzynarodowej. Argument ten szczególnie mocno przemawia do firm, opierających swój biznes, na interesach prowadzonych z podmiotami, z państw strefy euro. W I kwartale 2008 roku do strefy euro trafiło 51 proc. polskiego eksportu – spadek w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego o 3,6 proc. (spadek wyłącznie pozorny, ponieważ wynika ze wzrostu udziału w polskim eksporcie odbiorców z krajów rozwijających się. Dynamika sprzedaży do strefy euro wzrosła w I kw. o 10,6 proc. i wciąż stanowi najważniejszy punkt w bilansie handlowym Polski). Import z Eurolandu zmniejszył się w I kw. z 49,9 proc. do 46,1 proc. r/r . Na podstawie tych danych widać, jak duży udział w międzynarodowych transakcjach handlowych polskich eksporterów i importerów ma euro. Problem zbędnych kosztów był równie znaczący w skali całej Unii. Komisja Europejska szacowała koszty transakcyjne i pokrewne związane z wymianami walut w obrocie wewnatrzunijnym, na poziomie stanowiącym w przybliżeniu 0,5 proc. PKB całej Wspólnoty.
Ujednolicenie waluty obniżyłoby koszty ponoszone przez przedsiębiorstwa prowadzące wymianę handlowa z zagranica, ale również z podmiotami, z państw trzecich, z którymi dużo łatwiejsze stałoby się wynegocjowanie fakturowania w euro, niż w egzotycznej złotówce. Tuż obok spadku kosztów transakcyjnych nie do przecenienia staje się argument o wyeliminowaniu ryzyka kursowego, w odniesieniu do transakcji rozliczanych w euro. Silna aprecjacja złotego, którą możemy obserwować na przestrzeni ostatnich czterech lat, stała się poważnym ciosem dla rodzimych eksporterów, również tych handlujących z państwami strefy euro.
Na pięcioletnim wykresie pary walutowej EUR/PLN wyraźnie widać czteroletni trend, w którym złotówka umacniała się względem euro. Od szczytu z początku 2004 r. do dziś euro straciło względem złotego aż 35 proc. Na początku roku 2008 nastąpiło przebicie lini wsparcia, co w połączeniu z przesłankami fundamentalnymi, może wróżyć dalsze umacnianie się złotówki, z dużym prawdopodobieństwem przyspieszenia trendu.
Szybkie i stabilnie umacnianie się złotówki, wbrew pozorom może także w pewnym stopniu hamować import; przedsiębiorcy przewidując dalsze umacnianie się złotego, mogą wstrzymywać się z zakupami za granicą, ponieważ w tym wypadku czas działa na ich korzyść. Wchodzimy tu oczywiście na pole spekulacji walutowej, która może wpływać na zyski, lub straty przedsiębiorców, w zależności od strony transakcji po której się znajdują. Na pewno jednak sytuacja ta przynosi obu stronom ryzyko, którego w większości wypadków oba podmioty wołałyby uniknąć. Receptą może być oczywiście zabezpieczanie transakcji przez otwarcie przeciwnej, lewarowanej pozycji na rynku terminowym, jednak po pierwsze pociąga to za sobą koszta, po drugie małe i średnie spółki często nie posiadają ku temu odpowiednich narzędzi i wiedzy. Unia walutowa wyeliminowałaby ten problem, przynajmniej w odniesieniu do transakcji z państwami strefy euro.
Kolejnym argumentem podnoszonym na rzecz jak najszybszego przyjęcia wspólnej waluty jest przekonanie, że przyczyni się to do większej przejrzystości rynku. Stanie się tak dzięki możliwości łatwiejszego porównywania cen wyrażonych w jednej walucie. Nie można jednak zapominać o tym, że poza szerszymi perspektywami dla przedsiębiorców w wyszukiwaniu surowców, półproduktów, podwykonawców i odbiorców, wzrośnie również przejrzystość rynku od strony konsumenta, a co za tym idzie - konkurencja. Będzie to niewątpliwie bardzo korzystne dla rynku jako całości, zwłaszcza dla konsumentów, jednak z punktu widzenia firm, szczególnie o jeszcze nieugruntowanej pozycji rynkowej, może okazać się zabójcze.
Innym aspektem, o którym nie można zapominać, jest stabilność euro, które zdążyło urosnąć już do roli drugiej najistotniejszej waluty na świecie. W porównaniu do złotego, relatywnie niewielka presja inflacyjna w Eurolandzie, to także stosunkowo niskie stopy procentowe, a wiec tańsze kredyty, które jak wiadomo są tlenem dla przedsiębiorców. Przyjęcie nowej waluty, zlikwidowałoby problem zwiększonych kosztów obsługi kredytu zawieranego w obcej walucie i ryzyka kursowego, hamującego popyt na kredyty denominowane w euro.
Łatwiejsze finansowanie inwestycji oraz pozyskiwanie kapitału zagranicznego, szczególnie wyraźnie będą mogły docenić spółki notowane na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Wyeliminowanie ryzyka kursowego oraz skutków pogłębiającej się aprecjacji złotego, może ponadto przynieść pozytywny efekt dla rodzimego rynku akcji. Obecny odpływ zagranicznego kapitału z warszawskiej giełdy spowodowany jest, co prawda raczej ogólną tendencją inwestorów instytucjonalnych do unikania zaangażowania na rynkach wschodzących w czasach niepewnej koniunktury, nie można jednak bagatelizować, negatywnego wpływu umacniającego się złotego, na decyzje o ewentualnym powrocie inwestorów zagranicznych na GPW. Wycena walorów we wspólnotowej walucie, na pewno przełoży się na zwiększone zainteresowania polskimi spółkami, wśród inwestorów z krajów strefy euro oraz podniesie wiarygodność polskiej giełdy w oczach inwestorów z państw trzecich.
Być może już niedługo wszyscy polscy przedsiębiorcy będą mogli zawierać między sobą transakcje w walutach obcych, nie czekając na wejście Polski do strefy euro. Obecnie, zgodnie z prawem, polskie firmy mają obowiązek, wyrażać wzajemne zobowiązania wyłącznie w złotówkach. Umowa zawarta z pominięciem tego zastrzeżenia, może zostać anulowana. Zwolnione z tego obowiązku, są jedynie firmy posiadające indywidualne zezwolenie Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Zniesienie tego ograniczenia, jest jednym z postulatów tzw. pakietu Szejnfelda.
Obecnie w Sejmie znajduje się już rządowy projekt nowelizacji Kodeksu Cywilnego oraz Prawa Dewizowego. Projekt dotyczy zniesienia tzw. zasady walutowości zakładającej przeprowadzanie transakcji na obszarze Polski jedynie w walucie polskiej oraz rezygnacji z wymogu uzyskiwania indywidualnego zezwolenia dewizowego; przeliczanie zobowiązań pieniężnych w walutach obcych na PLN odbywać się będzie według średniego kursu NBP, z dnia wymagalności roszczenia. W przypadku zwłoki dłużnika, wierzyciel będzie mógł żądać zapłaty w walucie polskiej według jej wartości z dnia, w którym zapłata jest dokonywana.
Wprowadzenie euro to jednak nie tylko korzyści. Przedsiębiorcy pamiętać musza również o drugiej stronie medalu, ponieważ ujednolicenie walutowe niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Przyjęcie euro przez Polskę, oznaczać będzie realną rezygnacje z prowadzenia suwerennej polityki monetarnej. Wszystkie narzędzia wykorzystywane do tej pory przez Radę Polityki Pieniężnej, przejdą w ręce Europejskiego Banku Centralnego, który w swojej działalności może nie uwzględniać interesów słabszych ekonomicznie regionów Unii, takich jak Polska, której wkład w tworzenie europejskiego PKB to zaledwie 3 proc.
Zachodzi również ryzyko, że poszerzona o nowe kraje Unia, nie będzie w stanie poradzić sobie w przypadku występowania w gospodarkach poszczególnych krajów zjawiska asymetrycznych wstrząsów. Wstrząsy takie, zgodnie z teorią optymalnych obszarów walutowych (teoria Mundella), mogą być łagodzone przez wysoką mobilność siły roboczej, elastyczne ceny i płace oraz zdolność, do wygenerowania wystarczającej pomocy finansowej ze szczebla centralnego dla potrzebujących regionów. Takich warunków Unia Europejska nie spełnia. Abstrahując od ostatnich fal emigracji zarobkowej, należy stwierdzić, że mobilność siły roboczej w Unii, na tle Stanów Zjednoczonych, jest wysoce niezadowalająca. Szeroko rozbudowane uprawnienia i regulacje socjalne, wpływają negatywnie na elastyczność płacową, a tak naprawdę niewielki budżet centralny Unii nie stanowi gwarancji skutecznej reakcji w razie potrzeby wygenerowania impulsu, do pobudzenia borykającej się z trudnościami gospodarki regionalnej.
Zagrożenia, które wynikają ze scedowania uprawnień do prowadzenia suwerennej polityki monetarnej, można łatwo przenieść ze skali makro, na działalność poszczególnych przedsiębiorstw, które mogą zostać zmuszone, do radzenia sobie w niesprzyjających warunkach ekonomicznych, przy słabej koniunkturze, z którą Bank Centralny ulokowany w odległym Frankfurcie, nie będzie sobie w stanie poradzić. Odpowiedzią Komisji Europejskiej na ryzyko wystąpienia takiego zagrożenia jest stwierdzenie, że handel pomiędzy wysoko uprzemysłowionymi krajami Unii, ma w dużym stopniu charakter wewnątrzprzemysłowy. Prowadzi to do struktury, w której kraje kupują i sprzedają, te same kategorie produktów. Stad ewentualny szok popytowy będzie miął charakter symetryczny. O ile takie wytłumaczenie ma sens w przypadku państw „starej Unii”, o tyle nie łagodzi obaw przedsiębiorców z nowych państw członkowskich, których gospodarki znajdują się na innych etapach rozwoju.
Tymczasem, z wprowadzeniem euro dla przedsiębiorców, wiążą się również koszta, o których rzadko się wspomina, a nie da się ich uniknąć. Chodzi o nakłady, które musza być poniesione, aby dostosować strukturę firmy do nowej sytuacji ekonomicznej, w jakiej się znajdzie. Zaczynając od kosztów dostosowania mechanizmów księgowości i rachunkowości, a kończąc na odnalezieniu się, na rynku, gdzie nagle „przybyło“ kilkaset milionów nowych konsumentów, ale i wiele podobnych podmiotów gospodarczych, które będą chciały o nich konkurować. Cześć przedsiębiorców, szczególnie z branż o wysokiej mobilności, obawia się skokowego wzrostu konkurencji, z którym nie będzie sobie w stanie poradzić.
W końcu, euro to także zwiększone koszty w okresie funkcjonowania obok siebie nowej i starej waluty, wynikające z konieczności podwójnego przeliczania cen. Jednak, największe chyba obawy związane ze wspólna waluta budzą inflacjogenne właściwości „teuro“*, szczególnie w odniesieniu do wzrostu cen pospolitych usług i produktów pierwszej potrzeby.
* Niemcy uważają, że po wprowadzeniu euro, ceny podstawowych produktów w Niemczech, wzrosły średnio o 20 proc., dlatego przyjęło się potoczne określenie nowej waluty od przymiotnika "teuer", oznaczającego "drogo".
Jak pokazują przykłady państw, które doświadczyły już tego zjawiska, wzrost cen wcale nie uderza wyłącznie w konsumentów. Równie mocno odczuwają to przedsiębiorcy. Co prawda, cześć z nich na pewno wykorzysta okazję, do podniesienia cen swoich produktów i usług, lub przynajmniej do zaokrągleń w górę, jednak należy pamiętać, że zyski te zostaną pomniejszone o równoczesny wzrost cen takich dóbr jak energia, woda, czy część surowców. W ogólnym bilanse okazuje się, że podnoszenie cen po przyjęciu euro, ma częściej charakter ochrony rentowności i pogoni za innymi, niż okazji do dodatkowego zarobku. Obawy o skokowy wzrost cen stara się rozwiać Eurostat, wg ktorego w 2002 r. wpływ nowej waluty na wzrost inflacji strefy euro, wyniósł zaledwie 0,12 - 0,29 proc. Tych danych nie potwierdzają zakrojone na szeroką skalę badania, które przeprowadzono w rok po przejściu na euro pierwszych 11 państw Wspólnoty Europejskiej. Wynika z nich, że aż 93 proc. respondentów po konwersji walut zauważyło realny wzrost cen.
Podsumowując, wprowadzenie euro w skali mikroekonomicznej, poza okresem przejściowym, nie wywoła perturbacji w polskich firmach. Najbardziej skorzystają podmioty prowadzące zagraniczną wymianę handlową oraz firmy szukające kapitału na rozwój i inwestycje. Korzyści niestety oddziaływać będą na przedsiębiorców w sposób bardzo selektywny. Dużo dotkliwsze mogą okazać się skutki makroekonomiczne, które przedsiębiorcy odczują w razie spadku koniunktury, lub lokalnego kryzysu, którego EBC nie będzie w stanie skutecznie łagodzić. W dłuższej perspektywie wprowadzenie euro jest niezbędne do pogłębienia procesu integracji. Uzasadnione obawy ekonomistów wskazują jednak, że na dalszą integrację może być jeszcze za wcześnie, a specyfika unijnej gospodarki grozi osłabieniem dynamiki rozwoju polskiej przedsiębiorczości. Dlatego z euro należy pogodzić się jako z koniecznością, ale zdaniem coraz większej ilości przedsiębiorców, nie należy nadmiernie śpieszyć się z jego przyjęciem.
Jarosław Ryba, Bankier.pl
* Traktat Akcesyjny zobowiązał Polskę i pozostałe państwa kandydujące, do wstąpienia do strefy euro. Nowi członkowie nie wynegocjowali, możliwości zrezygnowania z uczestnictwa w unii walutowej, tzw. klauzuli opt-out. Państwa objęte tą klauzulą, to Wielka Brytania i Dania. Kraje te, wraz ze świadomie nie przystępującą do ERM II Szwecją, do dziś, korzystają z przywileju pozostawania poza strefą.
Autor: centrum o 12:47 0 komentarze
Etykiety: europa, firma, polska, przedsiębiorstwo, walut, waluta, wymiana
Inflacja drenuje portfele
środa, 16 lipca 2008
I dobre samopoczucie konsumentów
Podawane oficjalnie wskaźniki inflacji, czyli przeciętnego wzrostu cen dóbr i usług konsumpcyjnych istotnie rozmijają się z odczuciami konsumentów. Wyjaśnienie tego zjawiska ma dwa oblicza – metodologiczne i życiowe.
W czasach rosnącej inflacji pojawiają się pytania, co tak naprawdę ona obrazuje. Manipulowanie wskaźnikiem inflacji poprzez zmiany koszyka dóbr sugerują wszyscy uczestnicy rynku, czy jednak w ogóle CPI może być obiektywne?
Z jednej strony obliczany wskaźnik inflacji jest jedynie średnią ważoną zmiany cen dla ustalonego koszyka dóbr. Oznacza to, że urząd statystyczny określa przeciętną strukturę naszych wydatków. W krajach szybko rozwijających się, w których struktura konsumpcji istotnie się zmienia, oznaczać to może problemy z określenie rzeczywistego poziomu inflacji. Niestety nie można zastosować w Polsce takich samych koszyków dóbr, jak w krajach bogatych. Te kraje po prostu mają jeszcze mniejszy udział wydatków bytowych. Licząc ich miarą mielibyśmy do czynienia z dezinflacją, czy wręcz z deflacją.
W praktyce prawidłowością jest obecnie spadek średniego udziału wydatków na żywność, energię i inne koszty bytowe w koszyku dóbr. W związku z tym spektakularne wzrosty cen np. żywności wbrew pozorom nie wpływają na równie wysoki wzrost inflacji. Subiektywnie jednak konsumenci odczuwają je najbardziej. Wynika to po prostu z efektu psychologicznego – zakupy żywności dokonywane są codziennie, zmiany cen tych dóbr codziennie kontrolujemy i są one dla nas najbardziej widoczne, stąd dolegliwe. Sporadyczny zakup telewizora, sprzętu AGD już nie budzi takich emocji, chociaż pod względem wartości stanowi znaczący element budżetów domowych. Po zsumowaniu tego rodzaju wydatków może okazać się, że wydajemy na dobra trwałego użytku dużo więcej pieniędzy, niż na żywność. Statystycznie natomiast spadek cen np. sprzętu RTV, usług telekomunikacyjnych może mieć więc większy wpływ na wynik inflacyjny niż wahania cen żywności.
Patrząc obiektywnie polskie społeczeństwo staje się coraz bogatsze, może jeszcze nie bogate, ale np. większość gospodarstw domowych wyposażona jest już w pralkę automatyczną i inny sprzęt trwałego użytku, o którym kilkanaście lat temu większość mogła tylko pomarzyć. Czy w związku z tym czujemy się lepiej? Paradoksalnie niekoniecznie, gdyż odczucia co do stanu posiadania są względne. W takim wypadku to właśnie subiektywność odczuć będzie miała wpływ na postrzeganie inflacji i tzw. oczekiwania inflacyjne. Wskaźnik inflacji nie obrazuje, więc wprost i całkowicie ogólnego poziomu zmiany cen, bo jest to po prostu niemożliwe. W takim razie otwarte będzie pytanie, czy może być stosowany, jako uniwersalny miernik zmian cen dla potrzeb, chociażby waloryzacji świadczeń wypłacanych emerytom i rencistom. W pewnym sensie bardziej sprawiedliwa okazałaby się inflacja liczona dla koszyka dóbr i usług nabywanych przez daną grupę społeczną. W sensie metodologicznym dość trudno byłoby jednak taki wskaźnik obliczyć, bo jak np. kwalifikować wydatki pracujących emerytów, których tak przecież wielu jest w Polsce.
Dyskusji nie byłoby, gdyby inflacja była niska i stabilna, a wszyscy byliby o tym przekonani. Warunkiem tego jest natomiast skoordynowana i przewidywalna polityka pieniężna. Nie da się tego uzyskać bez stabilnych finansów i współpracy banku centralnego oraz rządu. Dla rządu inflacja („kontrolowana”) nie jest jednak rozwiązaniem najgorszym, gdyż w pierwszej rundzie zwiększa nominalne dochody budżetowe. W końcu jednak za rozrzutność państwa trzeba będzie zapłacić i solidarnie zapłacą wszyscy, chociaż niektórzy odczują to bardziej. Tutaj następuje pierwsze zderzenie interesów. Pozostaje bank centralny, który kontrolując podaż pieniądza „monetarnie” w ostatecznym rozrachunku odpowiada za realną inflację – jak na razie ustawowo.
Bogusław Półtorak
Autor: centrum o 12:23 0 komentarze
Etykiety: bank, inflacja, konsumenci, plany rządu, polska, rynek
Popyt wewnętrzny w Polsce a inflacja
poniedziałek, 14 lipca 2008
Popyt wewnętrzny w Polsce jest zbyt duży, co znajduje wyraz w wysokim poziomie inflacji, szybkim tempie przyrostu płac oraz pogłębiającej się nierównowadze na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego - stwierdzili w poniedziałkowym komentarzu analitycy banku Merrill Lynch.
Według nich, stopa inflacji towarów i usług konsumpcyjnych za czerwiec wyniosła 4,7 proc. rdr wobec 4,4 proc. rdr za maj i 4,5 proc. rdr prognozowanych przez ministerstwo finansów. Na sierpień br. przewidują 5-5,5 proc. rdr.
"Oparcie inflacji na szerokich podstawach znajduje wyraz w dwucyfrowym przyroście płac utrzymującym się w dłuższym okresie"- napisali.
ML zakłada, że płace za czerwiec wzrosły o ok. 10,5 proc. rdr, co oznacza, że ich przyrost był zbliżony do majowego, ale za ostatnie półrocze średnia wzrostu sięgnęła 11,5-12,0 proc., co sugeruje przyspieszenie dynamiki w ostatnich 3-6 miesiącach.
Płace rosnące w szybkim tempie są źródłem popytu wewnętrznego i znajdują wyraz w rosnącym ujemnym saldzie na rachunku obrotów bieżących, który za ostatnie 12 miesięcy do końca maja wyniósł średnio 4,4 proc. PKB wobec 4,3 proc. PKB do końca kwietnia i 4,0 proc. do końca marca. W dalszych miesiącach poziom deficytu rachunku obrotów zdaniem ML przekroczy 5,0 proc. PKB.
"Ogólny stan rachunków zewnętrznych Polski jest jednak znacznie lepszy, niż wynikałoby to z danych deficytu na rachunku obrotów, dzięki silnemu napływowi zagranicznych inwestycji bezpośrednich (FDI) w wys. 3,2 proc. PKB i nadwyżce na rachunku kapitałowym (1,7 proc. PKB), które łącznie w pełni pokrywają ujemne saldo rachunku obrotów" - dodają.
We wtorek GUS ogłosi dane o inflacji za czerwiec, zaś NBP o obrotach finansowych z zagranicą za maj. We wtorek będą też znane dane o płacach za czerwiec, zaś w piątek wyniki produkcji przemysłowej i inflacji w przemyśle za czerwiec.
Branża spożywcza a UE w Polsce
sobota, 21 czerwca 2008
Polski przemysł spożywczy w pełni wykorzystał możliwości związane z otwarciem rynków unijnych i dobrą koniunkturą gospodarczą - wynika z opublikowanego przez ING Bank Śląski raportu na temat przemysłu spożywczego w Polsce. Dzięki wsparciu finansowemu z funduszy unijnych wiele zakładów zostało gruntownie zmodernizowanych.
Od 2004 roku dynamicznie wzrastał eksport, świadcząc o dużej konkurencyjności naszego przemysłu na rynkach europejskich. Zdecydowanie poprawiły się wyniki finansowe przedsiębiorstw.
„Przemysł spożywczy w Polsce skorzystał na wejściu do Unii Europejskiej. Blisko dwie trzecie firm odczuło w ciągu ostatnich czterech lat poprawę swojej sytuacji ekonomicznej” – mówi Renata Dutkiewicz, dyrektor zarządzająca sektorem spożywczym w ING Banku. „Przedsiębiorcy w większości dobrze lub bardzo dobrze oceniają swoją sytuację ekonomiczną i oczekują jej dalszej poprawy, chociaż część zwraca uwagę na możliwość pogorszenia wyników finansowych w najbliższej przyszłości” – dodaje Dutkiewicz.
Rosnący rynek i poprawa wyników w przemyśle spożywczym
Jak wynika z raportu ING Banku Śląskiego w przemyśle spożywczym po kilkuletnim zastoju, powróciło ożywienie gospodarcze. Ma ono charakter powszechny i obejmuje wszystkie główne działy przemysłu spożywczego. Szacuje się, że w latach 2003-2008 produkt krajowy brutto wzrośnie o ok. 34%, a przemysłowa produkcja żywności, napojów i wyrobów tytoniowych o ok. 44%. Największy wzrost produkcji odnotowano w przetwórstwie żywności pochodzenia zwierzęcego oraz we wszystkich głównych działach wtórnego przetwórstwa żywności i produkcji napojów, w tym szczególnie silnie zorientowanych na rynki zagraniczne. Cechą ostatnich lat był także szybki rozwój przetwórstwa rolno-spożywczego na potrzeby producentów biopaliw. Spowolnieniu, a nawet ograniczeniu uległa natomiast produkcja w działach objętych systemem unijnego kwotowania. Dynamika wzrostu produkcji rolnej była kilkakrotnie mniejsza niż produkcji przemysłu spożywczego, co oznacza, że stałym źródłem rozwoju tego sektora jest pogłębianie przetwórstwa żywności. O silnych trendach rozwojowych przemysłu spożywczego w Polsce świadczy duża aktywność inwestycyjna przedsiębiorstw tego sektora oraz poprawa ich stanu ekonomicznego. Wartość inwestycji przekracza już 7 mld zł rocznie i realnie jest ona o ok. 50% wyższa niż w latach 2000-2002. Duże inwestycje pozwoliły także na osiągnięcie takiego stanu, że polski przemysł spożywczy jest uznawany za jeden z najnowocześniejszych i najszybciej rozwijających się w całej poszerzonej UE. Skutkiem tego jest wzmocnienie jego pozycji jako szóstego (pod względem wartości) producenta żywości w Unii.
Polska beneficjentem integracji z Unią Europejską oraz eksporterem netto
Wyniki pierwszych lat członkostwa w Unii Europejskiej wskazują, że polska gospodarka żywnościowa jest beneficjentem integracji. Przemysł spożywczy skorzystał przede wszystkim z poszerzenia rynków zbytu i efektów przyspieszenia rozwoju gospodarczego kraju. Rolnicy natomiast są przede wszystkim beneficjentami Wspólnej Polityki Rolnej, szczególnie dopłat bezpośrednich oraz funduszy strukturalnych. Łączne transfery środków publicznych (unijnych i krajowych) do sektora od 2004 roku przekroczyły 62 mld złotych, pozwalając na znaczące przyspieszenie procesu modernizacji gospodarki żywnościowej, poprawę jej konkurencyjności oraz jakości i bezpieczeństwa żywności. Także zdecydowana większość przedsiębiorców pozytywnie ocenia skutki przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Połowa uczestników badania przeprowadzonego na potrzeby raportu ING Banku Śląskiego wykorzystywała przy finansowaniu projektów wsparcie z funduszy unijnych, a aż 85% zadeklarowało zamiar skorzystania z funduszy unijnych w ciągu najbliższych 3 lat. Od momentu wejścia do Unii Europejskiej nastąpił gwałtowny wzrost eksportu polskiej żywności, pozwalając Polsce na uzyskanie pozycji poważnego eksportera netto. Jego udział w produkcji sprzedanej wzrósł z 14% w roku 2003 do 20% w roku 2007. Najbliższe lata powinny być okresem dalszego wzrostu handlu zagranicznego. Jednak zwiększenie dodatniego salda obrotów może okazać się utrudnione ze względu na sytuację na rynku walutowym (relację kursu złotego do euro). Wiele zależeć będzie również od scenariusza kształtowania się cen żywności na światowych rynkach.
Bariery rozwoju i czynniki ryzyka
W ostatnim okresie przed producentami żywności ujawniły się nowe zagrożenia, które wynikają z procesów integracji regionalnej i globalizacji gospodarki światowej. Do najważniejszych należy zaliczyć stale wzmacniającą się walutę krajową, kwotowanie produkcji mleka, cukru i skrobi ziemniaczanej, zwiększanie wymagań stawianych producentom żywności w zakresie jej jakości, a także proces drożenia żywności i produktów rolnictwa. Zdaniem analityków ING Banku Śląskiego nie musi to jednak oznaczać przejścia do fazy zastoju, choć należy się liczyć ze spadkiem tempa rozwoju produkcji polskiego przemysłu spożywczego poniżej 5% rocznie, a eksportu produktów tego sektora poniżej 10% rocznie. W opinii przedsiębiorców czynnikami utrudniającymi działalność i rozwój firm są także rosnące koszty zatrudnienia, będące jednym z głównych składników kosztów działania firm. Właściciele firm obawiają się także coraz silniejszej pozycji przetargowej po stronie odbiorców, wśród których systematycznie rośnie udział dużych sieci handlowych. Konsolidacja następująca wśród detalistów jeszcze pogłębia tę dysproporcję. Porównanie stopnia koncentracji w handlu detalicznym w Polsce z innymi europejskimi rynkami wskazuje, że proces ten jeszcze się nie zakończył. Przedsiębiorcy skarżą się także na niejasne i niestabilne przepisy prawne. Kategoria ta obejmuje zarówno krajowe otoczenie instytucjonalno-prawne, jak i zmieniające się regulacje unijne obejmujące coraz szerszy zakres działalności firm wymagający ciągłego dostosowania.
Reforma finansów w Polsce
wtorek, 25 marca 2008
Reforma finansów: ambitny Rostowski i pragmatyczna Gilowska
Minister finansów Jacek Rostowski obrał nieco inną strategię przy reformowaniu chorego systemu finansów publicznych, niż miała ją Zyta Gilowska. Jednakże rewolucji nie ma co oczekiwać. Pomysły Rostowskiego są bowiem zbieżne z pomysłami Gilowskiej, z wyjątkiem może tego, że są znacznie ambitniejsze.
O tym, że finanse publiczne w naszym kraju są w nienajlepszej kondycji i tym samym wymagają gruntownej reformy, słyszymy od przeszło 10 lat. Zagadnienie to, jak bumerang powraca za każdym razem, kiedy tekę ministra finansów obejmuje nowa osoba, która notabene ma kolejny wspaniały plan na zaradzenie odwiecznym problemom w finansach naszego państwa.
Dotychczas swoje plany naprawy finansów publicznych mieli m.in. Balcerowicz, Kołodko, Bauc, Belka, Kluza i wielu innych. Niestety, na samych planach się zazwyczaj kończyło, a ich pomysłodawcy opuszczali mury Ministerstwa Finansów – przy Świętokrzyskiej w Warszawie – bez istotniejszych sukcesów. Nie tak dawno mury tej szacownej instytucji opuściła także i Zyta Gilowska, która – podobnie jak jej poprzednicy – miała swoją własną koncepcję uzdrowienia chorej sytuacji w finansach publicznych państwa. I w tym przypadku nie za wiele udało się zrobić, ponieważ w wyniku rozwiązania się parlamentu i wcześniejszych wyborów doszło do szybkiej zmiany na stanowisku ministra finansów – i tym samym zabrakło czasu na zrobienie czegokolwiek. Schedę po Zycie Gilowskiej przejął więc Jacek Rostowski, który notabene doradzał już wcześniej Leszkowi Balcerowiczowi – w czasach gdy, to on był ministrem finansów. Profesor Rostowski – podobnie jak wszyscy jego poprzednicy – ma swój pomysł na zreformowanie systemu finansów publicznych. Różni się on chyba w niewielkim stopniu od tego, który nieco wcześniej przedstawiła prof. Gilowska. Podstawowa i chyba jedyna różnica tkwi w tym, że reforma finansów publicznych – zaproponowana przez Rostowskiego – nie będzie oznaczała jednego pakietu ustaw – jak chciała tego poprzednia minister finansów – ale złoży się na nią kilka najistotniejszych nowelizacji, których opracowanie już zostało zlecone poszczególnym resortom. Wprowadzenie zatem działań nowelizacyjnych – podobnie jak zaproponowanego przez prof. Gilowską pakietu ustaw – będzie miało na celu przede wszystkim ograniczyć wielkość wydatków oraz zwiększyć stopień efektywności i racjonalności ich dokonywania. Tym samym pomimo, że rozwiązania zaproponowane przez obu profesorów różnią się od siebie koncepcją – jednak różnica tutaj nie jest zbyt ostra - to ich główny cel jest już dokładnie taki sam. Działania ministra Rostowskiego maja także doprowadzić do znacznego zmniejszenia się wydatków publicznych w relacji do PKB. Ich poziom w roku 2011 ma osiągnąć wartość poniżej 40 proc. Tutaj konieczne będą działania zmierzające m.in. do ograniczenia wydatków sztywnych w budżecie państwa, o co zresztą w trakcie trwania swojej kadencji zabiegała też wicepremier Gilowska. Co więcej – w celu zmniejszenia obciążeń państwa – opowiadała się ona także za likwidacją zakładów budżetowych, gospodarstw pomocniczych oraz funduszy celowych. Jej plan zakładał ograniczenie wydatków budżetowych o około 10 mld zł w ciągu 2-3 lat. Plan jej następcy na fotelu ministra finansów jest znacznie, znacznie ambitniejszy – niektórzy ekonomiści twierdzą, że wręcz niewykonalny – ponieważ zakłada cięcia w wydatkach państwa na poziomie ponad 30 mld zł w ciągu najbliższych czterech lat. Według ministra Rostowskiego zaoszczędzenie takiej kwoty pieniędzy publicznych będzie możliwe pod warunkiem, że uda mu się zrealizować kilka jego pomysłów. Po pierwsze – o czym wcześniej była już mowa – chce doprowadzić do odsztywnienia niektórych wydatków budżetowych, aby uelastycznić bardziej budżet (identyczny zamiar miała także Zyta Gilowska). Po drugie, będzie dążył do zwiększenia wydatków państwa, ale tylko tych które mają charakter prorozwojowy (za tym w swoim pakiecie reform opowiadała się również prof. Gilowska). Po trzecie, chce nagradzać finansowo te ministerstwa i urzędy, które będą promowały u siebie reformy i różnego rodzaju działania o charakterze oszczędnościowym. Po czwarte, przyjrzy się dokładnie systemowi podatkowemu – który wymaga uproszczeń i większej przejrzystości. Po lupę trafi m.in. podatek VAT. Po piąte, przyśpieszeniu ma także ulec proces prywatyzacji (pomysł identyczny chciała zrealizować prof. Gilowska).
Gdyby jeszcze dokładniej przyjrzeć się rozwiązaniom zaproponowanym przez ministra Rostowskiego, to doszlibyśmy do wniosku, że niczym właściwie jego pomysły nie różnią się od tych, które jakiś czas temu przedstawiła opinii publicznej prof. Gilowska. To zaś, co odróżnia na pewno Rostowskiego od Gilowskiej, to to, że jego plan jest znacznie bardziej ambitny, ale i też mniej realistyczny. Zaoszczędzenie bowiem tak dużej sumy pieniędzy w publicznej kasie może okazać się trudne, choćby ze względu na organizację Euro 2012. Impreza ta w znacznej części będzie przecież finansowana z naszego budżetu. Do tego tempo wzrostu polskiej gospodarki nie będzie już tak imponujące – jak miało to miejsce pół roku wcześniej. Prognozy MFW przewidują, że w latach 2008 – 2011 możemy rozwijać się średnio w tempie około 4,5 – 5,5 proc. PKB. Nie można zapominać także o problemach codziennych, z którymi rząd będzie musiał się uporać, a których rozwiązanie będzie nas jednak kosztować – i to wcale nie mało. Chodzi tu przede wszystkim o: oddłużenie szpitali i poprawę sytuacji w polskiej służbie zdrowia, wyrównanie poziomu płac w sferze budżetowej, dokończenie procesów restrukturyzacyjnych w górnictwie i PKP. W tych warunkach sukcesem dla Polski będzie to, że plan ministra Rostowskiego udało się zrealizować przynajmniej w 50 procentach.
Reforma systemu finansów publicznych wymaga:
zdaniem Zyty Gilowskiej
1) likwidacji zakładów budżetowych
2) likwidacji gospodarstw pomocniczych
3) likwidacji funduszy celowych
4) uelastycznienia wydatków w budżecie państwa
5) zwiększenie wydatków na inwestycje oraz rozwój
6) konsolidacji finansów publicznych
7) reorganizacji agencji rządowych
8) uproszczenia systemu podatkowego
zdaniem Jacka Rostowskiego
1) ograniczenia poziomu wydatków sztywnych w budżecie państwa
2) promowania reform prowadzonych przez resorty
3) wzrostu wydatków rozwojowych
4) uproszczenia systemu podatkowego
5) poprawy jakości funkcjonowania instytucji rządowych
Autor: centrum o 05:21 0 komentarze
Etykiety: finanse, plany rządu, polska, strategia
Ceny w Polsce
środa, 5 marca 2008
Ceny będą szybowały w górę
Lawinowo drożeje energia i gaz. Te podwyżki na pewno odczujemy, bo sięgną one 20-30 proc. i pociągną za sobą kolejną falę podwyżek od nawozów sztucznych, aż po środki transportu, a co za tym idzie zdrożeje także chleb i inne produkty żywnościowe.
Rośnie spirala obaw inflacyjnych. Coraz wyraźniej widać, że podwyżki stóp procentowych niewiele tu pomogą. Nie jest to spowodowane jedynie czynnikami wewnętrznymi, ale ma też swoje uwarunkowania zewnętrzne.
Ostatnie dni przyniosły rekordowe notowania cen ropy - 101,102 USD za baryłkę. Te podwyżki rzutują również na wysokość inflacji w Polsce. U nas przede wszystkim lawinowo drożeje energia, gaz i te podwyżki na pewno odczujemy, bo sięgną one 20-30 proc. I pociągną za sobą kolejną falę podwyżek od nawozów sztucznych, aż po środki transportu, a co za tym idzie zdrożeje także chleb i inne produkty żywnościowe.
Benzyna, gaz, nawozy i żywność
Wraz z podwyżkami gazu ceny nawozów sztucznych, istotne dla produkcji rolnej, wzrosną najprawdopodobniej o 10 proc. Bardzo szybko poczują to konsumenci w podwyżkach produktów spożywczych, a ceny te już i tak rosną z powodów klimatycznych i nieurodzajów. Cena benzyny osiągnie na koniec roku zapewne poziom 5 zł. To spowoduje skokowy wzrost środków transportu, które już pod koniec 2007 r. zdrożały o ok. 10 proc.
My konsumenci będziemy musieli borykać się z takimi podwyżkami, jak wzrost cen kursów na prawo jazdy, herbaty, która ma być najdroższa od lat, wzrost cen detalicznych zapowiedziany jest na 10-15 proc.
Mamy też już wzrost podwyżki minimalnej ceny na papierosy. W górę szybują ceny gazu, a należy pamiętać, że w stosunku do płac w Polsce jego cena jest jedną z wyższych w Europie, a po podwyżkach 30-proc. byłaby wyższa niż w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii.
Inflacja - zjawisko globalne
Pocieszające jest jedynie to, że inflacja jest dziś problemem ogólnoświatowym nie tylko naszym, polskim. W Niemczech to 2,7 proc., Stany Zjednoczone 4,3 proc., Brazylia 4,6 proc., Rosja - drastyczny poziom - 12,6 proc., Chiny 7,1 proc., nawet Japonia, gdzie mieliśmy do czynienia z deflacją z poziomu minus 0,2 proc., wzrosła w 2008 r. do poziomu 0,7 proc., to jak na Japonię bardzo wysoki wzrost.
Drogie surowce
Drożeją też ceny surowców na świecie. Szacuje się ten wzrost na poziomie ok. 10 proc. Rosną ceny złota, platyny, ceny stali. Rosną ceny pszenicy, cukru, kawy. Ta hossa trwa już od 2001 r. i wygląda na to, że szybko się nie skończy.
W większej mierze powodem tych wzrostów są czynniki spekulacyjne, niż fundamentalne. Wystarczy spojrzeć na naszą gospodarkę: czynniki fundamentalne są całkiem obiecujące. W Polsce do sporego zamieszania przyczyniła się też paniczna ucieczka inwestorów z giełdy. Mówi się, że wycofano w tym czasie od 20-40 mld zł środków.
Złe szacunki
Inflacja w Polsce w stosunku do ubiegłego roku, kiedy to wynosiła 1,6 proc. wzrosła dziś do poziomu 4,3 proc. Można założyć, że inflacja osiągnie poziom 5, a nawet 6 proc. Wtedy okaże się, że RPP znowu nie trafiła w cel inflacyjny, przestrzeliła swoje oczekiwania o 100 czy 200 proc. Natomiast szacunki wiceministra Stanisława Gomułki to inflacja na poziomie 3,5 proc.
Kolejne wydatki - emerytury
W tym roku czeka nas też waloryzacja rent i emerytur o 6,5 proc., to nowy wydatek. Tymczasem związki zawodowe domagają się 9 proc. waloryzacji. Każdy punkt procentowy w waloryzacji to miliard złotych, które będzie musiało wyłożyć państwo. Rośnie też presja płacowa, której trzeba będzie sprostać.
Być może byłoby nam łatwiej, gdybyśmy mieli większą możliwość wykorzystania unijnych środków pomocowych. Te jednak się opóźniają, na sytuację narzekają przedsiębiorcy, że dostępność tych środków do połowy roku będzie praktycznie żadna.
Inflacja zje pensje
Nowy rząd stoi zatem przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Interwencji i podjęcia decyzji wymaga dziś już nie tylko służba zdrowia, oświata czy wypłaty emerytur z II filara, ale również kwestie związane z polityką pieniężną, kursową i płacową czy wreszcie z rosnącymi kosztami utrzymania.
Tych problemów nie rozwiążą zapowiedzi wprowadzenia podatku liniowego, to raczej pogłębi tylko kłopoty budżetowe. Będzie też niewątpliwie niekorzystny dla najbiedniejszych obywateli, którzy dziś realnie płacą ok. 14-proc. stopę podatkową, a mowa jest o 19 proc. podatku. Dla nich będzie to podwyżka, a nie obniżka.
W kolejnych 100 dniach rządzenia oczekiwać należy odpowiedzi od rządu, w jakim kierunku Polska powinna się rozwijać. Jak zmierza się on z tym poważnym wyzwaniem, kiedy Polacy jesienią policzą sobie jak bardzo wzrosły koszty utrzymania.
Autor: Janusz Szewczak, Gazeta Finansowa
Polska a Świat w gospodarce 2008
środa, 20 lutego 2008
Rok 2008: Świat zwolni, a Polska razem z nim
Spowolnienie gospodarki światowej w roku 2008 do poziomu 4,1 proc. PKB – jak przewidują to eksperci z MFW, wpłynie również na zmniejszenie się polskiego tempa wzrostu PKB. W 2008 roku polska gospodarka ma rozwijać się w tempie około 5,0 proc. PKB, a inflacja może być wyższą niż zaplanowane przez rząd 2,3 proc.
W roku 2007 – według wyliczeń przygotowanych przez zespół ekspertów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) – tempo wzrostu gospodarki światowej wyniosło 5,2 proc. PKB. Głównymi jego „udziałowcami” były gospodarki państw tzw. rynków wschodzących (ang. emerging markets) – w tym przede wszystkich Chiny oraz Indie. Swój udział – choć nie tak duży jak dwa wcześniej wymienione kraje – w tworzeniu globalnego PKB w 2007 roku miała również gospodarka rosyjska. Tempo wzrostu PKB w Chinach w ubiegłym roku oscylowało w granicach 10,9 – 11,2 proc. PKB, zaś w Indiach było nieco niższe i wyniosło około 9,0 proc. PKB. Szybki wzrost gospodarczy, jaki od dłuższego czasu obserwujemy w tych krajach, jest stymulowany wysokim poziomem inwestycji, którym równolegle towarzyszy prorozwojowo prowadzona – przez rządy tych krajów - polityka gospodarcza.
Niestety, rok 2008 nie będzie już tak dobry dla światowej gospodarki, jak rok 2007. Eksperci z MFW antycypują, że tempo wzrostu PKB w roku 2008 wyniesie niespełna 4,1 proc. PKB, pomimo iż jeszcze w IV kw. 2007 roku przewidywali wzrost globalnego PKB na poziomie 4,9 proc. Spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego na świecie podyktowane będzie kilkoma czynnikami. Po pierwsze, przewiduje się wzrost cen energii. Po drugie, należy oczekiwać dalszego wzrostu inflacji i to w większości gospodarek na świecie. Po trzecie, wzrost inflacji wpłynie zapewne na zaostrzenie prowadzonej dotychczas polityki pieniężnej, co skutkować będzie podwyższonym poziomem stóp procentowych. Wysoki zaś poziom stóp procentowych wpłynie zapewne na zmniejszenie się popytu inwestycyjnego w gospodarkach narodowych w wielu krajach na świecie. Po czwarte, w wyniku osłabienia się tempa wzrostu gospodarczego na świecie przewiduje się także zwiększenie poziomu długu publicznego, a co za tym idzie również kosztów jego obsługi. Po piąte, w wyniku przyspieszenia tempa wzrostu PKB w roku 2007 możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której wzrost poziomu przyrostu wynagrodzeń w roku 2008 będzie zdecydowanie szybszy aniżeli poziom wydajności pracy, co skutkować będzie podwyższeniem kosztów działalności firm. Po szóste, istotnym zagrożeniem dla światowego poziomu PKB w 2008 roku może okazać się ogólnie słaba koniunktura gospodarcza w Stanach Zjednoczonych oraz w krajach Unii Europejskiej. W przypadku Stanów Zjednoczonych chodzi przede wszystkim o negatywny wpływ tamtejszego rynku nieruchomości i kredytów hipotecznych na gospodarkę nie tylko samej Ameryki, ale i całego świata.
Spowolnienie gospodarcze będziemy obserwować nie tylko za oceanem, ale również w Polsce. W 2008 nasz kraj będzie rozwijał się w tempie około 5,0 proc. PKB – przewidują eksperci z MFW, chociaż przedstawiciele rządu twierdzą, że będzie to nie 5,0 a 5,5 proc. PKB. Podobnego zdania są także specjaliści z OECD. Nie wyrokując jednak, która ze stron ma rację, należy stwierdzić że tempo wzrostu PKB w 2008 roku będzie o co najmniej 1 pkt. proc. mniejsze niż miało to miejsce jeszcze w roku 2007, gdy w skali całego roku wyniosło 6,5 proc. Motorem wzrostu polskiej gospodarki pozostanie nadal popyt krajowy, który w głównej mierze będzie zasilany nowymi inwestycjami. Ich wysoki poziom będzie możliwy przede wszystkim dzięki funduszom europejskim, które są i będą wykorzystywane do współfinansowania przedsięwzięć zarówno w sektorze przedsiębiorstw, jak również przy realizacji projektów w jednostkach samorządowych. Przewiduje się także dalszy wzrost realnego wynagrodzenia w gospodarce, średnio o 5,0 proc. w roku 2008. Fakt ten w pozytywny sposób będzie oddziaływał na spożycie indywidualne, które podobnie jak wynagrodzenia ma również w tym roku wzrosnąć o 5,0 proc. – antycypują eksperci z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR).
Spadek wzrostu gospodarczego w Polsce w tym roku będzie także spowodowany brakiem działań prywatyzacyjnych w obrębie państwowych przedsiębiorstw. Chodzi tu przede wszystkim o górnictwo, które nadal pozostaje w rękach państwa. Nierentowność tej branży jest na tyle wysoka, że każdego roku państwo zmuszone jest dopłacać do niej – z publicznej kasy - gigantyczne sumy pieniędzy, celem utrzymania tylko i wyłącznie miejsc pracy dla górników i tym samym zaoszczędzenia sobie niepotrzebnych problemów w postaci górniczych strajków. Kolejną barierą ograniczającą możliwości wzrostu polskiego PKB w 2008 są zaniechania, jakie dotychczas poczyniono w sektorze finansów publicznych. Permanentne odkładanie reform w tym obszarze skutkować będzie nie tylko słabszym tempem wzrostu, ale co gorsza może doprowadzić do całkowitego skostnienia budżetu. Już dziś bowiem poziom tzw. wydatków sztywnych w wydatkach ogółem budżetu oscyluje w granicach 72,0 – 73,5 proc. Jest też wysoce prawdopodobne, że w 2008 roku średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych będzie wyższy, aniżeli prognozowane przez rząd 2,3 proc. Niebezpieczeństwo wzrostu inflacji - nawet znacznie powyżej celu banku centralnego, tj. 2,5 proc. – jest możliwe m.in. za sprawą rosnących cen żywności, paliw oraz użytkowania mieszkań. Dodatkowo procesy inflacyjne w 2008 roku mogą być napędzane poprzez wysoką dynamikę popytu krajowego i wciąż polepszającą się sytuację na rynku pracy.
Autor: centrum o 01:41 0 komentarze
Etykiety: 2008, finanse, gospodarka, polska, rok
Ceny żywności w górę
środa, 6 lutego 2008
Mimo rekordowych zbiorów ceny żywności poszybowały mocno w górę. A to za sprawą zmiany nawyków żywieniowych w Chinach i Indiach oraz przez wzrost produkcji biopaliw na świecie...
W 2007 roku ceny żywności w Polsce wzrosły o 7,9 procent. Jeszcze bardziej podrożały produkty rolne, z których jest ona wytwarzana. Za pszenicę trzeba było zapłacić o ponad 40 proc. więcej niż rok wcześniej. Żyto i kukurydza były droższe o prawie 30 proc., zaś mleko o ponad 34 procent.
W konsekwencji pieczywo zdrożało o prawie 20 proc., zaś produkty mleczarskie przeciętnie o ponad 15 proc. (za sery trzeba było jednak zapłacić nawet kilkadziesiąt procent więcej niż na początku 2007 roku).
Skąd więc te podwyżki? W przypadku zbóż, znaczenie miały kiepskie zbiory w Niemczech, Czechach, na Węgrzech oraz na Ukrainie. Kraje te były więc zmuszone do większego niż zwykle importu, a to zaś przełożyło się na wzrost cen przede wszystkim u nas.
To jednak nie nieurodzaj jest główną przyczyną gwałtownego wzrostu cen żywności w ostatnim czasie na rynkach światowych. Chiny oraz Indie to dwa najbardziej ludne kraje świata - na ich terenie żyje około 37 proc. mieszkańców globu (2,45 mld osób). Od 1980 roku populacje obu tych nacji zwiększyły się o niemal 800 mln, czyli o prawie 50 procent. Według ekspertów FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa) wzrost zamożności społeczeństwa w pierwszym rzędzie przekłada się na zmianę przyzwyczajeń żywieniowych, a w szczególności na wzrost spożycia mięsa.
Jeżeli w połowie lat 80. przeciętny mieszkaniec Państwa Środka konsumował rocznie około 20 kg mięsa, to obecnie zjada już ponad 50 kilogramów. Również w kolejnych latach prognozuje się, że tendencja ta nadal będzie rosła. Podobna sytuacja ma miejsce także w innych krajach rozwijających się, gdzie popyt na mięso się podwoił. W dodatku rośnie produkcja biopaliw ze zbóż...
