Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gaz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gaz. Pokaż wszystkie posty

Cena za rosyjski gaz

środa, 30 grudnia 2009

Rozmowa z DOMINIKIEM SMYRGAŁĄ, dyrektorem Republikańskiego Centrum Idei Fundacji Republikańskiej, ekspertem ds. Energii.

Jak Pan ocenia umowę gazową z Rosją wynegocjowaną przez wicepremiera Waldemara Pawlaka?

- Uważam, że to bardzo niekorzystne dla Polski porozumienie. Po pierwsze, na długo uzależnia nas od importu gazu z jednego kierunku. Po drugie, w praktyce powoduje, że inne projekty dywersyfikacyjne stają się mało opłacalne. Po trzecie wreszcie, może wprowadzić Państwowe Górnictwo Naftowe i Gazownictwo w kłopoty finansowe.

Na czym mogą polegać te kłopoty?


- Jeżeli światowe koncerny, zwłaszcza amerykańskie, takie jak Chevron, Exxon Mobil czy Marathon Oil, zaczynają w Polsce szukać gazu i ubiegają się o koncesje, to jest bardzo prawdopodobne, że w ciągu owych 27 lat - a tyle będzie obowiązywał kontrakt z Rosją - zdołają tutaj rozwinąć opłacalną produkcję. Wtedy może się okazać, że rynek sprzedaży jest dla PGNiG zbyt mały i nasza firma zostanie z ogromnymi ilościami gazu, których nie będzie mogła sprzedać. To oczywiście tylko jeden z możliwych wariantów rozwoju sytuacji, ale w ciągu prawie 30 lat, w trakcie których obowiązywała będzie umowa z Rosją, trzeba się liczyć także z takimi sytuacjami.

Waldemar Pawlak argumentuje jednak, że państwa zachodnie również podpisują długoterminowe kontrakty na dostawy gazu.

- Tak, ale mają one przeważnie dwóch, albo trzech dostawców i są to kontrakty cząstkowe. Podpisuje się długoterminowe umowy na dostawę np. 30 proc. wolumenu gazu, na jaki jest zapotrzebowanie. W sytuacji, gdy ma się jednego dostawcę, branie od niego 70 proc. nie jest rozsądne.

Podpisanie kontraktu na tak długi okres stawia pod znakiem zapytania sensowność budowy gazoportu.

- PGNiG twierdzi, że zużycie gazu w Polsce cały czas rośnie, więc gazoport tak czy inaczej będzie potrzebny. Ja jednak pamiętam szacunki z lat 90., które przewidywały, że ok. 2010 roku zużycie gazu wyniesie między 28 a 42 mld metrów sześciennych. Tymczasem nigdy nie doszło ono do 15 mld metrów sześciennych, a w bieżącym roku spadło.

Jakie mogą być sposoby dywersyfikacji dostaw gazu do Polski?

- Jeden z nich stanowi budowa gazoportu. To wprawdzie inwestycja dość droga, ale ma dużą zaletę - pozwala kupować gaz w tzw. kontraktach spotowych, tzn. według potrzeb, zamawianych nawet ad hoc. Światowy rynek gazu na skutek rozwoju technologii transportowania tego surowca drogą morską zaczyna się rozwijać. To prowadzi czasami do zaskakujących sytuacji: w dostawach spotowych gaz w terminalach morskich na zachodzie Europy bywa tańszy niż gaz rosyjski importowany rurociągami. Drugi sposób dywersyfikacji to budowa gazociągu po dnie Bałtyku z krajów skandynawskich do Polski. Taka umowa została już zawarta, ale rząd Leszka Millera doprowadził do jej zerwania. Drugiej umowy jak dotąd nie udało się podpisać. Pocieszające jest to, że zachodnie koncerny energetyczne, nastawione wszak w pierwszej kolejności na zysk, a nie na politykę, starają się inwestować w naszym kraju. Twierdzą one w dodatku, że złoża gazu w Polsce są znacznie większe niż utrzymuje PGNiG.

Co Polska powinna teraz zrobić: podpisać układ wynegocjowany przez wicepremiera Pawlaka, czy zrezygnować z niego?

- Mam wrażenie, że rząd zaczął się wahać w tej sprawie. Na pewno podpisanie kontraktu na tak długi okres nie jest dla nas dobre i w tym kierunku nie należy iść. Nasze braki wynoszą obecnie 2,5 mld m sześc. Być może uda się dogadać z jakimiś zachodnimi koncernami i dotrwać do momentu uruchomienia gazoportu. Tym bardziej, że gaz nie jest teraz jakimś szczególnie istotnym elementem polskiego bilansu energetycznego. Istotna jest jeszcze jedna rzecz - klauzula "take or pay" umieszczana przez Gazprom w umowach, która powoduje, że jeżeli odbiór gazu jest mniejszy od ustalonej wielkości, klient i tak płaci jakby odebrał wszystko. Nawet więc gdybyśmy nie potrzebowali dużo gazu i zmniejszyli odbiór i tak zapłacimy za całość. Tak więc tani rosyjski gaz może się ostatecznie okazać drogi.

Rozmawiał: Paweł Stachnik

Znów o drożejącej energii

poniedziałek, 22 września 2008

Ceny ropy i gazu, podobnie jak i większości surowców, utrzymują się na wysokim poziomie lub wzrastają. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest dynamiczny rozwój Chin i Indii, które niczym pompy ssące, wysysają surowce ze światowych rynków, podbijając ich ceny. Fakt, iż cena ropy rosła w sytuacji, gdy tempo amerykańskiej gospodarki malało oznacza, iż została ona zdetronizowana z pozycji podstawowego motoru napędzającego światową gospodarkę.


Można jednak zapytać, dlaczego wzrasta cena energii w Polsce?
Wszak nasza energetyka oparta jest w 96 proc. na węglu, którego zasoby, zarówno kamiennego, jak i brunatnego, mamy największe w Europie, a zapotrzebowanie, w przeciwieństwie do ropy i gazu, tak drastycznie nie rośnie.

Otóż odpowiedź: znajdziemy w polityce energetycznej Unii Europejskiej
, która chce zmniejszyć o 20 proc. emisję dwutlenku węgla do atmosfery do roku 2020. Ponadto postanowiła zmniejszyć energochłonność gospodarki, zwiększyć zarówno zużycie energii odnawialnych, jak i zużycie biopaliw. Trzeba zaznaczyć, że niestety nie jest to korzystne dla Polski pod względem finansowym, gdyż w naszym kraju możliwości budowy hydroelektrowni są bardzo ograniczone, wykorzystanie energii słonecznej nadal jest znikome, nie można też wykorzystać do produkcji energii siły wiatrów, a zwiększenie udziału energii odnawialnych w bilansie energetycznym oznacza tym samym wzrost jej ceny.

Polska energetyka:
oparta jest na węglu i pomimo dostosowywania się do wymogów unijnych taką pozostanie na poziomie 80-90 proc. Gdzie zatem tkwi problem i dlaczego prognozy na rok 2012 przewidują dwukrotny wzrost cen?

Otóż Unia Europejska wprowadza tzw. Trzeci Pakiet Energetyczny, na który w marcu 2007 roku na szczycie unijnym wyraził zgodę ówczesny premier Jarosław Kaczyński, a w marcu tego roku premier Donald Tusk go potwierdził. Ostatecznie pakiet ten zostanie oficjalnie przyjęty jesienią tego roku. Komisja Europejska jednakże już teraz wyznaczyła limity emisji dwutlenku węgla. Polska ma prawo do emisji 208,5 mln ton, a nasze zapotrzebowanie wynosi 280 mln ton rocznie. Dostosowanie się do tego poziomu oznaczałoby radykalne ograniczenia w rozwoju naszej gospodarki. Aby więc nie ograniczać naszych możliwości produkcyjnych, będziemy musieli kupować prawo do emisji ponad 70 mln ton. Według ocen przeprowadzonych z ramienia Unii koszt realizacji tej polityki energetycznej kosztować nas będzie 1,24 proc. dochodu narodowego. Trzeba jednakże zaznaczyć, że ta ocena kosztów jest zdecydowanie zaniżona, bowiem oparta była na prognozie wzrostu gospodarczego w latach 2005-2010 na poziomie 3,7 proc., a następnie na poziomie 4,6 proc. Niestety, rzeczywiste koszty będą znacznie wyższe. Należy je szacować na poziomie 2 proc. dochodu narodowego, a spadek rozwoju gospodarki w wyniku wzrostu cen energii wyniesie 1-1,5 proc.

Co więcej, będziemy musieli wyłączyć ... część mocy produkcyjnych w wyniku realizacji wymagań przyjętych w unijnej polityce. Zużycie energii systematycznie wzrasta, inwestycje są bardzo ograniczone, a większy import energii utrudniony z powodu niedostatecznie rozwiniętej sieci przesyłowej. Nie pozostaje nam zatem w tej sytuacji nic innego, jak wprowadzić niekorzystne racjonowanie energii.

Dzięki naszym zasobom węgla... mamy przewagę konkurencyjną w sektorze energetycznym, ale niestety polityka prowadzona przez Unię nie tylko ten nasz atut umniejsza, ale wprost go eliminuje.

Dlaczego Jarosław Kaczyński nie zaprotestował przeciwko takiej polityce unijnej wobec Polski, dlaczego nie przeciwstawił się jej Donald Tusk? Przecież po upadku komunizmu w Polsce odnotowano znaczny spadek różnego rodzaju zanieczyszczeń. W naszym kraju, w czasie obowiązywania protokołu z Kioto, emisja CO2 spadła o 32 proc., podczas gdy kraje unijne systematycznie zwiększały jego emisję. W latach 90. emisje pyłów do atmosfery zmniejszyliśmy o 57 proc., związków siarki o 48 proc., a związków azotu o 27 proc. Ilość ścieków nieczyszczonych odprowadzonych do rzek spadła o 70 proc.

Dziś Unia chce... prowadzić politykę ochrony środowiska kosztem głównie naszym i innych państw środkowoeuropejskich. Nie zezwala nam na wykorzystanie naszego naturalnego bogactwa, jakie mamy w postaci zasobów węgla kamiennego i brunatnego, poprzez swoje działania narzuca ceny energii, które wyhamowują nasz rozwój gospodarczy. Dla porównania dodam, że Niemcy uzyskały w tej kwestii upusty na emisje CO2 nawet dla producentów samochodów marek BMW i Mercedes...

Premier Kaczyński nie tylko nie wykorzystał w unijnych negocjacjach tego, co już zdołaliśmy uczynić, by zmniejszyć emisję zanieczyszczeń, ale aby poprawić swój wizerunek w Unii, lekką ręką zgodził się na drakońską dla Polski politykę energetyczną. Podobnie postąpił Donald Tusk, który potwierdził założenia przyjęte rok wcześniej, też bardziej dbając o swój wizerunek polityka "europejskiego” niż o polskie interesy.

Dla Polski ta polityka, która oficjalnie zostanie przyjęta, oznacza likwidacje per saldo wszelkich korzyści ekonomicznych płynących z naszej przynależności do Unii. Jedynym sensownym działaniem byłoby jej zablokowanie, ale pospieszna ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego przekreśliła jakiekolwiek możliwości pertraktacji. Tegoroczne podwyżki energii to dopiero początek kosztów, jakie zapłacimy za politykę "solidarności" energetycznej Kaczyńskiego i Tuska.

Archiwum

Etykiety