Zgodnie z prognozą Ministerstwa Finansów i oczekiwaniem ekonomistów, roczna inflacja w lipcu wyniosła 4,8% wobec 4,6% w czerwcu - podał dzisiaj GUS. W najbliższych dniach poznamy lipcową inflację w strefie euro czy USA - wskaźniki mające dziś bardzo istotne znaczenie dla kształtowania koniunktury na rynku akcji. Kluczowa wydaje się odpowiedź na pytanie czy taniejąca od początku lipca ropa stwarza szanse do ustąpienia presji inflacyjnej, z którą borykają się światowe gospodarki.
Połowa miesiąca to tradycyjnie czas publikacji danych o inflacji na świecie. W ostatnich dniach poznaliśmy różnego typu wskaźniki z Chin, Wielkiej Brytanii i Niemiec za lipiec. Wciąż nie napawają optymizmem. Albo rosną, albo - jak w Chinach - co prawda obniżają się, ale wciąż pozostają na poziomach trudnych do zaakceptowania. W Polsce inflacja nie zaskoczyła. Można jednak oczekiwać, że w sierpniu czeka nas dalszy wzrost.
Sezon publikacji danych o cenach
W Chinach wskaźnik cen konsumentów (CPI) spadł w lipcu do 6,3% wobec oczekiwanych 6,5% oraz 7,1%w poprzednim miesiącu. Wskaźnik cen producentów (PPI) osiągnął natomiast 10% wobec prognozowanych 9% i 8,8% miesiąc wcześniej. W Wielkiej Brytanii CPI przyspieszył do 4,4%. Na poziomie cen producentów wzrost wyniósł aż 10,2% wobec 10% miesiąc wcześniej i 10,3% oczekiwanych. Bazowy PPI miał 6,7% wobec 6,5% oczekiwanych i 6,4% miesiąc wcześniej. W Niemczech inflacja na poziomie cen hurtowych przyspieszyła do 9,9% wobec zapowiadanych 9% i 8,9% w czerwcu.
Przyspieszenie w USA?
W najbliższych dniach czeka nas kolejna porcja takich informacji. Jeszcze dziś poznamy zmianę cen importowych w USA (oczekiwany jest minimalny spadek w lipcu do 20,4% z 20,5% w czerwcu). Na jutro zaplanowana jest publikacja wskaźników CPI w Niemczech, USA i strefie euro. U naszego zachodniego sąsiada ma wynieść 3,3% (taki sam poziom, jak w czerwcu), w Stanach Zjednoczonych przyspieszyć do 5,1% (z 5% w czerwcu), a po wyłączeniu cen żywności i paliw pozostać na poziomie 2,4%. W Eurolandzie CPI ma przyspieszyć do 4,1%, a bazowy wskaźnik pozostać na poziomie 1,8%.
Oczekiwanie na pozytywny wpływ tańszej ropy
Widać więc, że presja inflacyjna wcale nie ustępuje, ale szansę na to daje trwający od początku lipca spadek cen paliw i innych surowców. Oczekiwanie jednak na to, że problemy z inflacją szybko się rozwiążą jest złudne. Zauważymy, że mimo ostatniej ostrej przeceny ropy 12-miesięczna zmiana wciąż sięga 2/3. To oznacza, że z tej strony utrzymuje się duża presja na wzrost cen. Pozytywny wpływ tańszej ropy, oczywiście przy założeniu, że nie zacznie ona znów iść w górę, może pojawić się dopiero jesienią. Jednocześnie kluczowym pytaniem jest to czy dotychczasowy wzrost cen paliw nie był na tyle duży (12-miesięczna zmiana w szczycie sięgała 95% i była najwyższa od ok. 30 lat), aby doprowadzić do wzrostu oczekiwań inflacyjnych, co z kolei znajdowałoby przełożenie na inflację bazową, która jest główną podstawą podejmowania decyzji przez banki centralne odnośnie stóp procentowych.
Już teraz widzimy, że stopniowo to właśnie inflacja bazowa zaczyna niepokoić, a gdy ta zacznie rosnąć banki centralne nie będą mogły zwlekać z podniesieniem kosztów pieniądza. Dla giełd i rynków obligacji byłaby to zła wiadomość. Równocześnie reakcja inwestorów na pojawiające się wiadomości powinna pokazać, w jakim stopniu uwierzyli, że tańsze paliwa pomogą walczyć z presją inflacyjną. Wydaje się, że rynki nie są przygotowane na żadne rozczarowania w zakresie presji inflacyjnej, więc wyższe odczyty inflacji będą negatywnie odbierane. Jednocześnie jednak musimy pamiętać, że kwestia inflacji i stóp procentowych to nie jedyne czynniki oddziałujące na kondycję rynków finansowych.
Silny spadek rentowności obligacji
W Polsce na uwagę zasługuje bardzo silny spadek rentowności obligacji. Dochodowość obligacji 5-letnich spadła dziś przed publikacją danych poniżej 6,2% z 6,29% we wtorek. Przypomnijmy, że jeszcze na początku lipca rentowność wynosiła 6,88%, zatem od tego czasu spadła już o prawie 70 pkt. bazowych. Spadek rentowność w Polsce ma związek z sytuacją na świecie. Dochodowość niemieckich obligacji 10-letnich spadła od szczytu w drugiej Polowie czerwca już o 49 pkt. bazowych i wynosi obecnie 4,2%.
W przypadku polskich obligacji powstaje pytanie czy spadek obserwowany od początku lipca należy traktować jako sygnał odwrócenia trendu (co byłoby dobrą wiadomością dla funduszy inwestujących na rynku długu), czy też czeka nas kolejny ruch w górę, w ramach którego dochodowość mogłaby przekroczyć 7%. Sytuacja na rynku będzie zależała od trzech podstawowych czynników: koniunktury na światowym rynku obligacji, momentu wystąpienia szczytu inflacji w Polsce oraz przyszłości złotego. Obecnie przewiduje się, że poziom 4,2% powinien zatrzymać dalszy spadek rentowności obligacji w Niemczech. W Polsce szczyt inflacji spodziewany jest w sierpniu, kiedy jej poziom może przekroczyć 5%. Jeżeli jednak inflacja nie przestałaby spadać w IV kwartale, oczekiwania dotyczące liczby podwyżek stóp zostałyby z pewnością zaostrzone, co powinno skutkować wzrostem rentowności. Nowym czynnikiem proinflacyjnym jest słabnący złoty. Od szczytu z końca lipca euro zdrożało już o ponad 8 groszy. Jeżeli osłabienie złotego nie okazałoby się zjawiskiem przejściowym, byłby to raczej zły sygnał dla rynku długu.
Katarzyna Siwek, analityk Expandera
Czy taniejąca ropa pomoże gospodarkom na świecie?
niedziela, 17 sierpnia 2008
Autor: centrum o 13:29 0 komentarze
Etykiety: ceny, gospodarka, inflacja, naftowa, ropa
Drożyzna - musimy oszczędzać?
czwartek, 24 lipca 2008
Oszczędne wydawanie to nie wstyd
W budżetach wielu polskich rodzin są rezerwy, które mogą zrównoważyć obecne podwyżki cen. Dzięki racjonalizacji wydatków przeciętna rodzina może miesięcznie wygospodarować dodatkowe kilkaset zł, dzięki czemu wpływ inflacji będzie mniej odczuwalny.
Dziś Sejm debatuje nad informacją rządu na temat przeciwdziałania wzrostowi cen. Powodem dyskusji jest rosnąca inflacja, która dotyka wszystkich z Polaków. Expander sprawdził jak przeciętna polska rodzina może radzić sobie z inflacją.
Wysoka inflacja zachęca do bieżącego konsumowania dochodów z uwagi na spadek ich siły nabywczej. Z drugiej strony spadek siły nabywczej dochodów powoduje, że za tę samą pensję można dziś kupić znacznie mniej towarów czy usług niż rok temu. Wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw rosną co prawda prawie trzy razy szybciej niż ceny konsumpcyjne, jednak ten dodatni bilans nie dotyczy wszystkich polskich rodzin.
Co zrobić w sytuacji, gdy pensje nie rosną jednak tak szybko, jak inflacja? Powstały w ten sposób deficyt w domowym budżecie można uzupełniać na różne sposoby, np. przez zaciągnie pożyczek na większe wydatki. W wielu wypadkach jest to rozwiązanie nieuchronne, zanim jednak sięgniemy po pożyczkę warto przyjrzeć się domowym wydatkom. Trzeba nieco zmienić podejście do kupowania.
Najlepszym sposobem na drożejące produkty żywnościowe, benzynę, energię elektryczną i inne produkty jest oszczędzanie. Dzięki temu może oszczędzić miesięcznie nawet kilkaset złotych.
Okazuje się, że przeciętna rodzina, co miesiąc wydaje 1948 zł. Są to stałe wydatki na opłaty oraz zakup towarów i usług konsumpcyjnych. Szacujemy, że poprzez racjonalizację wydatków tę kwotę można zmniejszyć nawet o 25%. W przypadku rodziny o przeciętnych dochodach równych dwóm średnim pensjom może to oznacza prawie 500 zł oszczędności co miesiąc, czyli 10% do 12% miesięcznych dochodów netto, zatem więcej niż wynosi inflacja.
Jak uzyskać takie oszczędności? Pierwszym krokiem do rozpoczęcia oszczędzania jest zapisywanie wszystkich dokonywanych wydatków. Okazuje się, że większość rodzin nie zdaje sobie sprawy ile pieniędzy wydaje i na co. Po miesiącu lub dwóch skrupulatnych zapisów należy przeprowadzić analizę dokonanych wydatków.
Najważniejszą pozycją w budżetach Polaków zajmują wydatki na żywność (według danych GUS za 2006 rok stanowią one 27% wszystkich wydatków gospodarstw domowych). Kwoty przeznaczone na ten cel można łatwo ograniczyć, zamieniając sklepy na te... gdzie ceny są niższe. Przede wszystkim trzeba zrezygnować z zakupów w mniejszych sklepach, gdzie ceny mogą być o ponad 20% wyższe niż w super- i hipermarketach. Expander szacuje, że ok. 210 zł miesięcznie (7 zł dziennie) można odłożyć kupując, rozsądnie, tzn. porównując ceny w okolicy i wybierając tańsze sklepy. Oczywiście dotyczy to głównie mieszkańców większych miejscowości, którzy mają do wyboru kilka miejsc na robienie zakupów.
Inną dobrą pozycją do oszczędności są używki np. papierosy. Ich paczka kosztuje średnio 7,5 zł, czyli w ciągu miesiąca osoba paląca paczkę dziennie wydaje 225 zł. Już zmniejszenie liczby spalanych papierosów o jedną czwartą powinno dać prawie 60 zł oszczędności. Korzyści na zdrowiu palacza z powodu zmniejszenia dawki szkodliwej używki nie da się obliczyć.
Spore oszczędności może dać też rezygnacja z dojazdu do pracy własnym samochodem na rzecz komunikacji publicznej. Przy założeniu codziennego pokonywania 20 km, ceny benzyny na poziomie 4,5 zł za litr oraz zużycia paliwa na poziomie 7 l/100 km, miesięczny wydatek na paliwo wynosi ok. 160 zł. Jeżeli przyjmiemy cenę biletu miesięcznego na poziomie 55 zł, to w kieszeni zostanie 105 zł.
Oszczędzać można też energię elektryczną, gaz czy wodę. Skorzysta na tym nie tylko domowy budżet, ale też środowisko. Zużycie energii można ograniczyć na wiele sposobów - najprostszy sposób: wymiana żarówek w miejscach gdzie światło pali się najczęściej na energooszczędne. Warto też dokładnie sprawdzić starsze urządzenia użytkowane w domu, często mogą być one bardzo energochłonne. Zawsze też warto wyłączać te, których w danym momencie nie używamy. Ograniczenie stałego zużycia o 300W w ciągu całego miesiąca będzie skutkować obniżeniem rachunku za prąd o ok. 50 zł. Wydaje się, że taką oszczędność mogłaby poczynić przynajmniej co druga rodzina.
Oszczędzając energię przyczyniamy się do obniżenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery. To dokładnie pokazuje, że nie należy wstydzić się oszczędzania. Czasy, gdy ostentacyjna konsumpcja była synonimem bogactwa, a oszczędzanie synonimem biedy odeszły już do przeszłości. W racjonalnym wydawaniu pieniędzy nie chodzi o to, by pozbawiać się tego, czego potrzebujmy, ale o to, by kontrolować wydatki oraz zużycie dóbr.
Znaczącą kwotę jesteśmy też w stanie oszczędzić - i to uwaga bez wyrzeczeń - zmieniając swoje kredyty na tańsze. Przykładowo, jeśli spłacamy kredyt hipoteczny na kwotę 300 tys. zł zaciągnięty 3 lata temu na 30 lat, to jego obecne oprocentowanie w złotych wynosi 8,6 proc. (marża 2 proc.). Refinansowanie go przyniesie nam obniżenie oprocentowania o 1 pkt. proc. (dzięki zmniejszeniu marży). W efekcie miesięczna rata spadnie z 2328 zł do 2118 zł, czyli o prawie 200 zł. Tyle samo zyskamy obniżając o 1 pkt. proc oprocentowanie analogicznego kredytu we frankach szwajcarskich. Jeszcze więcej można zyskać przewalutowując swój kredyt właśnie na franki szwajcarskie.
Autor: centrum o 13:18 0 komentarze
Etykiety: budżet, inflacja, oszczędzanie, rodzina, wydatki
Inflacja drenuje portfele
środa, 16 lipca 2008
I dobre samopoczucie konsumentów
Podawane oficjalnie wskaźniki inflacji, czyli przeciętnego wzrostu cen dóbr i usług konsumpcyjnych istotnie rozmijają się z odczuciami konsumentów. Wyjaśnienie tego zjawiska ma dwa oblicza – metodologiczne i życiowe.
W czasach rosnącej inflacji pojawiają się pytania, co tak naprawdę ona obrazuje. Manipulowanie wskaźnikiem inflacji poprzez zmiany koszyka dóbr sugerują wszyscy uczestnicy rynku, czy jednak w ogóle CPI może być obiektywne?
Z jednej strony obliczany wskaźnik inflacji jest jedynie średnią ważoną zmiany cen dla ustalonego koszyka dóbr. Oznacza to, że urząd statystyczny określa przeciętną strukturę naszych wydatków. W krajach szybko rozwijających się, w których struktura konsumpcji istotnie się zmienia, oznaczać to może problemy z określenie rzeczywistego poziomu inflacji. Niestety nie można zastosować w Polsce takich samych koszyków dóbr, jak w krajach bogatych. Te kraje po prostu mają jeszcze mniejszy udział wydatków bytowych. Licząc ich miarą mielibyśmy do czynienia z dezinflacją, czy wręcz z deflacją.
W praktyce prawidłowością jest obecnie spadek średniego udziału wydatków na żywność, energię i inne koszty bytowe w koszyku dóbr. W związku z tym spektakularne wzrosty cen np. żywności wbrew pozorom nie wpływają na równie wysoki wzrost inflacji. Subiektywnie jednak konsumenci odczuwają je najbardziej. Wynika to po prostu z efektu psychologicznego – zakupy żywności dokonywane są codziennie, zmiany cen tych dóbr codziennie kontrolujemy i są one dla nas najbardziej widoczne, stąd dolegliwe. Sporadyczny zakup telewizora, sprzętu AGD już nie budzi takich emocji, chociaż pod względem wartości stanowi znaczący element budżetów domowych. Po zsumowaniu tego rodzaju wydatków może okazać się, że wydajemy na dobra trwałego użytku dużo więcej pieniędzy, niż na żywność. Statystycznie natomiast spadek cen np. sprzętu RTV, usług telekomunikacyjnych może mieć więc większy wpływ na wynik inflacyjny niż wahania cen żywności.
Patrząc obiektywnie polskie społeczeństwo staje się coraz bogatsze, może jeszcze nie bogate, ale np. większość gospodarstw domowych wyposażona jest już w pralkę automatyczną i inny sprzęt trwałego użytku, o którym kilkanaście lat temu większość mogła tylko pomarzyć. Czy w związku z tym czujemy się lepiej? Paradoksalnie niekoniecznie, gdyż odczucia co do stanu posiadania są względne. W takim wypadku to właśnie subiektywność odczuć będzie miała wpływ na postrzeganie inflacji i tzw. oczekiwania inflacyjne. Wskaźnik inflacji nie obrazuje, więc wprost i całkowicie ogólnego poziomu zmiany cen, bo jest to po prostu niemożliwe. W takim razie otwarte będzie pytanie, czy może być stosowany, jako uniwersalny miernik zmian cen dla potrzeb, chociażby waloryzacji świadczeń wypłacanych emerytom i rencistom. W pewnym sensie bardziej sprawiedliwa okazałaby się inflacja liczona dla koszyka dóbr i usług nabywanych przez daną grupę społeczną. W sensie metodologicznym dość trudno byłoby jednak taki wskaźnik obliczyć, bo jak np. kwalifikować wydatki pracujących emerytów, których tak przecież wielu jest w Polsce.
Dyskusji nie byłoby, gdyby inflacja była niska i stabilna, a wszyscy byliby o tym przekonani. Warunkiem tego jest natomiast skoordynowana i przewidywalna polityka pieniężna. Nie da się tego uzyskać bez stabilnych finansów i współpracy banku centralnego oraz rządu. Dla rządu inflacja („kontrolowana”) nie jest jednak rozwiązaniem najgorszym, gdyż w pierwszej rundzie zwiększa nominalne dochody budżetowe. W końcu jednak za rozrzutność państwa trzeba będzie zapłacić i solidarnie zapłacą wszyscy, chociaż niektórzy odczują to bardziej. Tutaj następuje pierwsze zderzenie interesów. Pozostaje bank centralny, który kontrolując podaż pieniądza „monetarnie” w ostatecznym rozrachunku odpowiada za realną inflację – jak na razie ustawowo.
Bogusław Półtorak
Autor: centrum o 12:23 0 komentarze
Etykiety: bank, inflacja, konsumenci, plany rządu, polska, rynek
Inflacja
wtorek, 15 lipca 2008
Komentarze członków RPP
Przyspieszenie podwyżek płac mogłoby wywołać 50pkt podwyżkę, ale „błędem byłoby, gdybyśmy spróbowali … inflacji szybko się pozbyć, radykalnie podnosząc stopy” - Andrzej Wojtyna w wywiadzie dla Gazety Wyborczej.
Moim zdaniem głównym dylematem teraz jest to, czy gdy wzrost zwolni, to inflacja jednocześnie utrzyma się na wysokim poziomie. Większa inflacja determinuje wyższe oczekiwania inflacyjne, zwłaszcza że stosunkowo dużą część stanowią nasze wydatki na żywność… Jeśli z firm będą napływać sygnały, że zaspokajają żądania płacowe pracowników (które mają źródło w coraz wyższych cenach m.in. żywności), to będzie wyraźny znak, że zaczynają się pojawiać efekty drugiej rundy. Wtedy byłoby wskazane, by Rada pokazała, jak jest zdeterminowana w sprowadzeniu inflacji ponownie w pobliże celu. Jeśli ryzyko byłoby rzeczywiście dużo większe i chcielibyśmy pokazać, że chcemy zadziałać zdecydowanie na oczekiwania, to moglibyśmy sięgnąć głębiej do naszego arsenału i podnieść stopy o 0,5 pkt proc. Boję się, że to ryzyko efektów drugiej rundy może wzrosnąć, zwłaszcza jeśli tegoroczne zbiory w rolnictwie nie będą korzystne.
Nie sądzę, by silny złoty był poważnym zagrożeniem, o ile wydajność pracy będzie rosła w niezłym tempie. Ważne jest też, jak kurs zareaguje na spowolnienie wzrostu. Nie unikniemy przez najbliższe kilka kwartałów tego, że niższemu wzrostowi będzie towarzyszyć wyższa inflacja. Błędem byłoby, gdybyśmy spróbowali tej inflacji szybko się pozbyć, radykalnie podnosząc stopy. Należy bowiem tak prowadzić politykę pieniężną, by ograniczać wahania i inflacji, i wzrostu gospodarczego. Nie mówię, że wzrost gospodarczy jest tak samo ważny jak inflacja. Chodzi o równoczesne ograniczanie wahań, żeby przez nadmierne podniesienie stóp nie zahamować wzrostu produkcji.
W Rzeczpospolitej z kolei całkiem łagodne wypowiedzi jastrzębi RPP, Dariusza Filara („Jeśli polska waluta nadal będzie podążała tą ścieżką, jest szansa na to, że wzrost inflacji wyhamuje. Wszystko zależy jednak od sytuacji w najbliższych miesiącach. – Uważam, że możemy sobie obecnie pozwolić na obserwację rynku. Nie ma presji do podejmowania decyzji o kolejnych podwyżkach. Nowa projekcja inflacji, która ukaże się w październiku, da już więcej odpowiedzi na pytania o przyszłość”) oraz Mariana Nogi („Teraz jest najlepszy czas, aby wyczekać i obserwować, jak zachowują się ceny i waluta. Ewentualne decyzje będzie można podjąć po październikowej projekcji.)
Co to znaczy: Komentarze Dariusza Filara i Mariana Nogi nie pozostają wątpliwości, że na razie RPP nie myśli o podwyżkach stóp przed październikiem. Dane makroekonomiczne mogą te opinie jednak zmienić. Tym czasem oczekiwania Andrzeja Wojtyny wskazują jednak na planowaną podwyżkę – wbrew rynkowym oczekiwaniom jej braku wyrażonym w kontraktach FRA.
Inflację w czerwcu szacujemy na tym samym poziomie co Ministerstwo Finansów, czyli 4,5%r/r (ta sama liczba określa konsensus rynkowy). Jest to o 0,1pp wyżej niż wynik za maj. Odnotowana w czerwcu inflacja cen paliw wraz z ruchem w górę inflacji bazowej są przyczynami tego nieznacznego przyspieszenia. Wpływ zmian cen żywności pozostał według naszych szacunków taki sam jak miesiąc wcześniej. Inflacja w Czechach i na Węgrzech była mniejsza od oczekiwanej, szanse na podobną niespodziankę w Polsce istnieją, ale są raczej niewielkie.
Spodziewamy się, że w czerwcu nastąpiła kontynuacja znaczących wzrostów płac nominalnych. Nasze prognozy wskazują, że w pozostałych miesiącach 2008 średni wzrost realnych wynagrodzeń będzie bliski 8%. Jeśli zgodnie z nasza oceną zatrudnienie wykaże spadek dynamiki r/r to przypisać to należy efektowi statystycznemu – istotne przyspieszenie liczby zatrudnionych rozpoczęło się w ubiegłym roku właśnie w czerwcu.
Interpretacja czerwcowych danych o produkcji wciąż będzie utrudniana przez układ świąt ruchomych (Boże Ciało wypadało w 2007 roku w czerwcu, teraz w maju). O ile miesiąc temu próbowaliśmy się dopatrzyć, czy niezwykle niski odczyt (2,3%r/r) oznacza faktycznie słabnięcie koniunktury, o tyle teraz efekt świąt będzie przesuwał tempo wzrostu produkcji górę maskując spowolnienie, którego symptomy zawarte były we wskaźniku PMI (zejście głębiej poniżej 50pkt – z 49,3 do 47,9 w czerwcu). Nasza prognoza 8,5%r/r oznacza, że koniunktura w Polsce doznała uszczerbku.
Co to znaczy: Dziś dane M3, ale najważniejsze informacje w tym tygodniu to inflacja i płace (jutro) oraz produkcja (w piątek).
Strategia rynkowa
W weekend ukazały się informacje że Fed będzie ratował Fannie Mae i Freddie Mac, filary rynku mieszkaniowego w USA gdyby była taka potrzeba, co po 40-proc stratach w ostatnim tygodniu może przynieść stabilizację na rynku giełdowym.
Dziś aukcja bonów, a rynek papierów skarbowych może ustabilizować się w oczekiwaniu na jutrzejsze dane o inflacji. Na rynku walutowym, naszym zdaniem czas na korektę i po testowaniu 3,25/€ kurs EUR/PLN może podskoczyć powyżej 3,30, przynajmniej na krótko.
Co to znaczy: Kup EUR/PLN po 3,2595, cel 3,32, stop-loss 3,25/€.
Autor: centrum o 11:05 0 komentarze
Etykiety: inflacja, komentarze, pieniężnej, polityki, rada
Popyt wewnętrzny w Polsce a inflacja
poniedziałek, 14 lipca 2008
Popyt wewnętrzny w Polsce jest zbyt duży, co znajduje wyraz w wysokim poziomie inflacji, szybkim tempie przyrostu płac oraz pogłębiającej się nierównowadze na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego - stwierdzili w poniedziałkowym komentarzu analitycy banku Merrill Lynch.
Według nich, stopa inflacji towarów i usług konsumpcyjnych za czerwiec wyniosła 4,7 proc. rdr wobec 4,4 proc. rdr za maj i 4,5 proc. rdr prognozowanych przez ministerstwo finansów. Na sierpień br. przewidują 5-5,5 proc. rdr.
"Oparcie inflacji na szerokich podstawach znajduje wyraz w dwucyfrowym przyroście płac utrzymującym się w dłuższym okresie"- napisali.
ML zakłada, że płace za czerwiec wzrosły o ok. 10,5 proc. rdr, co oznacza, że ich przyrost był zbliżony do majowego, ale za ostatnie półrocze średnia wzrostu sięgnęła 11,5-12,0 proc., co sugeruje przyspieszenie dynamiki w ostatnich 3-6 miesiącach.
Płace rosnące w szybkim tempie są źródłem popytu wewnętrznego i znajdują wyraz w rosnącym ujemnym saldzie na rachunku obrotów bieżących, który za ostatnie 12 miesięcy do końca maja wyniósł średnio 4,4 proc. PKB wobec 4,3 proc. PKB do końca kwietnia i 4,0 proc. do końca marca. W dalszych miesiącach poziom deficytu rachunku obrotów zdaniem ML przekroczy 5,0 proc. PKB.
"Ogólny stan rachunków zewnętrznych Polski jest jednak znacznie lepszy, niż wynikałoby to z danych deficytu na rachunku obrotów, dzięki silnemu napływowi zagranicznych inwestycji bezpośrednich (FDI) w wys. 3,2 proc. PKB i nadwyżce na rachunku kapitałowym (1,7 proc. PKB), które łącznie w pełni pokrywają ujemne saldo rachunku obrotów" - dodają.
We wtorek GUS ogłosi dane o inflacji za czerwiec, zaś NBP o obrotach finansowych z zagranicą za maj. We wtorek będą też znane dane o płacach za czerwiec, zaś w piątek wyniki produkcji przemysłowej i inflacji w przemyśle za czerwiec.
Ceny w Polsce
środa, 5 marca 2008
Ceny będą szybowały w górę
Lawinowo drożeje energia i gaz. Te podwyżki na pewno odczujemy, bo sięgną one 20-30 proc. i pociągną za sobą kolejną falę podwyżek od nawozów sztucznych, aż po środki transportu, a co za tym idzie zdrożeje także chleb i inne produkty żywnościowe.
Rośnie spirala obaw inflacyjnych. Coraz wyraźniej widać, że podwyżki stóp procentowych niewiele tu pomogą. Nie jest to spowodowane jedynie czynnikami wewnętrznymi, ale ma też swoje uwarunkowania zewnętrzne.
Ostatnie dni przyniosły rekordowe notowania cen ropy - 101,102 USD za baryłkę. Te podwyżki rzutują również na wysokość inflacji w Polsce. U nas przede wszystkim lawinowo drożeje energia, gaz i te podwyżki na pewno odczujemy, bo sięgną one 20-30 proc. I pociągną za sobą kolejną falę podwyżek od nawozów sztucznych, aż po środki transportu, a co za tym idzie zdrożeje także chleb i inne produkty żywnościowe.
Benzyna, gaz, nawozy i żywność
Wraz z podwyżkami gazu ceny nawozów sztucznych, istotne dla produkcji rolnej, wzrosną najprawdopodobniej o 10 proc. Bardzo szybko poczują to konsumenci w podwyżkach produktów spożywczych, a ceny te już i tak rosną z powodów klimatycznych i nieurodzajów. Cena benzyny osiągnie na koniec roku zapewne poziom 5 zł. To spowoduje skokowy wzrost środków transportu, które już pod koniec 2007 r. zdrożały o ok. 10 proc.
My konsumenci będziemy musieli borykać się z takimi podwyżkami, jak wzrost cen kursów na prawo jazdy, herbaty, która ma być najdroższa od lat, wzrost cen detalicznych zapowiedziany jest na 10-15 proc.
Mamy też już wzrost podwyżki minimalnej ceny na papierosy. W górę szybują ceny gazu, a należy pamiętać, że w stosunku do płac w Polsce jego cena jest jedną z wyższych w Europie, a po podwyżkach 30-proc. byłaby wyższa niż w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii.
Inflacja - zjawisko globalne
Pocieszające jest jedynie to, że inflacja jest dziś problemem ogólnoświatowym nie tylko naszym, polskim. W Niemczech to 2,7 proc., Stany Zjednoczone 4,3 proc., Brazylia 4,6 proc., Rosja - drastyczny poziom - 12,6 proc., Chiny 7,1 proc., nawet Japonia, gdzie mieliśmy do czynienia z deflacją z poziomu minus 0,2 proc., wzrosła w 2008 r. do poziomu 0,7 proc., to jak na Japonię bardzo wysoki wzrost.
Drogie surowce
Drożeją też ceny surowców na świecie. Szacuje się ten wzrost na poziomie ok. 10 proc. Rosną ceny złota, platyny, ceny stali. Rosną ceny pszenicy, cukru, kawy. Ta hossa trwa już od 2001 r. i wygląda na to, że szybko się nie skończy.
W większej mierze powodem tych wzrostów są czynniki spekulacyjne, niż fundamentalne. Wystarczy spojrzeć na naszą gospodarkę: czynniki fundamentalne są całkiem obiecujące. W Polsce do sporego zamieszania przyczyniła się też paniczna ucieczka inwestorów z giełdy. Mówi się, że wycofano w tym czasie od 20-40 mld zł środków.
Złe szacunki
Inflacja w Polsce w stosunku do ubiegłego roku, kiedy to wynosiła 1,6 proc. wzrosła dziś do poziomu 4,3 proc. Można założyć, że inflacja osiągnie poziom 5, a nawet 6 proc. Wtedy okaże się, że RPP znowu nie trafiła w cel inflacyjny, przestrzeliła swoje oczekiwania o 100 czy 200 proc. Natomiast szacunki wiceministra Stanisława Gomułki to inflacja na poziomie 3,5 proc.
Kolejne wydatki - emerytury
W tym roku czeka nas też waloryzacja rent i emerytur o 6,5 proc., to nowy wydatek. Tymczasem związki zawodowe domagają się 9 proc. waloryzacji. Każdy punkt procentowy w waloryzacji to miliard złotych, które będzie musiało wyłożyć państwo. Rośnie też presja płacowa, której trzeba będzie sprostać.
Być może byłoby nam łatwiej, gdybyśmy mieli większą możliwość wykorzystania unijnych środków pomocowych. Te jednak się opóźniają, na sytuację narzekają przedsiębiorcy, że dostępność tych środków do połowy roku będzie praktycznie żadna.
Inflacja zje pensje
Nowy rząd stoi zatem przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Interwencji i podjęcia decyzji wymaga dziś już nie tylko służba zdrowia, oświata czy wypłaty emerytur z II filara, ale również kwestie związane z polityką pieniężną, kursową i płacową czy wreszcie z rosnącymi kosztami utrzymania.
Tych problemów nie rozwiążą zapowiedzi wprowadzenia podatku liniowego, to raczej pogłębi tylko kłopoty budżetowe. Będzie też niewątpliwie niekorzystny dla najbiedniejszych obywateli, którzy dziś realnie płacą ok. 14-proc. stopę podatkową, a mowa jest o 19 proc. podatku. Dla nich będzie to podwyżka, a nie obniżka.
W kolejnych 100 dniach rządzenia oczekiwać należy odpowiedzi od rządu, w jakim kierunku Polska powinna się rozwijać. Jak zmierza się on z tym poważnym wyzwaniem, kiedy Polacy jesienią policzą sobie jak bardzo wzrosły koszty utrzymania.
Autor: Janusz Szewczak, Gazeta Finansowa
